Moja W(armia)iM(azury)LANDIA…

Urodziłam się w Biskupcu, niewielkim miasteczku, za którego granicami kończy się Warmia. Od małego uczono mnie, że mieszkam na Warmii, nie na Mazurach, chociaż te dwie geograficzne, a także kulturowe krainy są ze sobą połączone od lat. Jest to więź trudna, pełna bolesnych momentów, jednak zarazem silna, poprzez „supły”, które powstały przez lata ich istnienia. Nie wiem, czy mogę o sobie mówić „lokalna patriotka”. Nie wiem, czy zasługuję na taki tytuł. Moja rodzina nie pochodzi stąd. Rodzice mojej mamy przyjechali na te tereny na początku lat 50-tych XX w. Rodzina taty pochodzi z łódzkiego, a on sam przyjechał na Warmię ponad 40 lat temu. A mimo to, czuje się Warmiakiem. Ja sama czuję się Warmianką. I gdy ktoś mówi, że jedzie do Olsztyna na Mazury, obrzucam go pogardliwym spojrzeniem i z rzadką sobie stanowczością w głosie mówię „Na Warmię. Olsztyn leży na Warmii, nie na Mazurach”.

Warmia i Mazury to tygiel kultur, narodowości, tradycji… I chociaż przez te wszystkie lata zanikła prawie całkowicie gwara, zarówno warmińska, jak i mazurska. W sumie wszystko to, co warmińskie i mazurskie. Nie każdy chciał przyznawać się do bycia Warmiakiem, czy Mazurem – nie każdy się nim czuł. Jedni czuli się Warmiakami, inni Prusami, bo przecież przez lata były tu Prusy, czyli Niemcy. Jeszcze inni Mazurami, Polakami. To jednak, z biegiem lat, wsród mieszkańców regionu, którzy nie raz byli zmuszeni do opuszczenia swoich domów, a w międzyczasie inni byli zmuszani do zamieszkania na tych ziemiach, zaczęła rodzić się potrzeba powrotu do „siebie” i głośnego mówienia o warmińskiej kulturze.

Zadanie to nie należy do najłatwiejszych. Powojenne losy Warmii i Mazur oraz ich mieszkańców sprawiły, iż niewiele informacji się zachowało. Jednak istnieją osoby, którym na sercu leży odkrywanie zarówno przed mieszkańcami, jak i gośćmi regionu jego historii i tradycji… Również tych kulinarnych. I tak właśnie, z połączenia miłości do jedzenia i regionu oraz jego kuchni powstała Restauracja Cudne Manowce. Jej właściciele, Agnieszka i Tomasz, tak jak mieszkańcy Warmii i Mazur, szukali przez lata swojego „ja”. I tak właśnie odnaleźli je w kuchni regionalnej, stawiając nie tylko na regionalne receptury, ale i na miejscowych dostawców i sezonowość swojego menu. Tym samy, Cudne Manowce dołączyły Sieci Dziedzictwa Kulinarnego Warmii Mazur i Powiśla. Symbol przynależności do Sieci, który zobaczycie na wejściu jest gwarancją, że Cudne Manowce są swojego rodzaju kulinarnym źródłem wiedzy o historii regionu i  ludzi mieszkających na Warmii i Mazurach. Ich kuchnia posiadania dania wielokulturowe, wielonarodowe, które od lat tworzą społeczność Warmii Mazur i Powiśla. Co więcej, Cudne Manowce od 2017 roku otrzymują wyróżnienie (czapkę) w Przewodniku Gault&Millau (prestiżowego przewodnika kulinarnego uznawanego i szanowanego na całym świecie, wydawanego w Polsce od 2015 roku), nazywanego również Żółtym Przewodnikiem, który jest podręcznym wyposażeniem bagażu podróżujących po Polsce foodies. Niedawno zostały też wyróżnione przez twórców programu Widelcem po mapie produkowanego przez kanał Kuchnia Plus.

Co więcej, z tych poszukiwań smaków regionu i starań, by odzyskać zapomniane i stare przepisy, receptury oraz chęci tworzenia współczesnej tożsamości regionu, życia w trybie slow life, które sprzyja i ludziom i naturze powstała WiMlandia. Tajemnicza kraina, którą zwiedzisz pośród pięknej przyrody, tym samym spotykając i poznając dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze Warmii i Mazur. WiMlandia to innymi słowy grupa małych przedsiębiorców z branży gastronomicznej, agroturystycznej, rękodzieła, usług turystycznych, lokalnych producentów żywności oraz środowiska naukowego. Promuje ona lokalną kulturę i wspiera lokalnych twórców i lokalne rękodzieło.

Cudne Manowce od początku stawiały na współpracę z lokalnymi dostawcami, dzięki czemu produkty są ze sprawdzonych źródeł i najwyższej jakości. A jedząc tradycyjne dania, takie jak choćby karmuszka – mazurska zupa przypominająca zupę gulaszową, pełna mięsa i warzyw, fasoli, ciecierzycy i majeranku, którego charakterystyczny słodko- gorzki posmak, odzwierciedla historię Warmii i Mazur. Smak regionu odnajdziecie też w dzyndzałkach warmińskich z wołowina i skrzeczką- wypełnionych mięsem lub kaszą gryczaną, zwaną hreczką, która jest ważnym elementem kuchni warmińskiej. Nie można zapomnieć o podpłomykach z olejem rzepakowym z Glotowa, letniej zupie z pokrzyw ze ślimakami w śmietanie, gryczanych kopytkach, kiszonym topinamburze czy maści czarownic do latania (jest to smarowidło z tłuszczu z gęsi, wieprzowego oraz podrobów z gęsi, cebuli i jabłek).

A za czasów, gdy na Warmii i Mazurach żyły czarownice znana była ze swoich właściwości halucynogennych. A musicie wiedzieć, że ostatni proces czarownicy (tj. kobiety oskarżonej o czary) w Polsce proces i egzekucja kary przez spalenie, odbył się w sierpniu 1811 roku w Reszlu. Ostatnią spaloną na stosie „czarownicą” była Barbara Zdunk. Jej tragiczna historia ma swój początek od oskarżenia o wywołaniu pożaru, który w 1807 roku strawił prawie całą zabudowę Reszla. Jednak wersja stworzona przez Cudne Manowce przy pomocy profesora Stanisława Czachorowskiego jest bezpieczna pod każdym względem…No, chyba, że przesadzimy z jej ilością, wówczas mogą pojawić się objawy lekkiego przejedzenia…

Cudne Manowce, które na co dzień przyjmowały gości na Starówce, jak wszystkie lokale gastronomiczne w obecnej sytuacji musiały zmienić zasady swojego funkcjonowania. Mimo otwartych drzwi, nie możemy już zasiąść przy drewnianych stołach wśród warmińskich motywów, weselnych koników, obok grantowego, ceramicznego pieca, starego kredensu czy pod oknem z warmińską wycinanką.

Jednak Cudne Manowce, jak prawdziwi Warmiacy i Mazurzy nie poddają się łatwo, i mimo ciężkich czasów zostają wierni swoim kulinarnym przekonaniom i ideałom. Dziś każdy z nas może sprowadzić do swojego domu odrobinę regionalnej kuchni, lokalnego dostawcę i jego wyroby. Z potrzeby sytuacji powstały Delikatesy Warmińskie. Jest to zbiór wyrobów przygotowanych na bieżąco na miejscu. Zup, m.in. wspomnianej wcześniej kamuszki, zupy dyniowej, barszczu ukraińskiego, czy ogórkowej. To też leczo i fasolka po bretońsku, marynowany karaś czy okoń, nóżki czy gęś w galarecie, wyjątkowe kiszonki, np. kiszony brokuł czy nasturcja.

W Manowcowych lodówkach zaopatrzyć się można w produkty od lokalnych producentów, m.in w sery od Koziej Farmy Złotnej, wędliny z Zakładów Wędliniarskich Flis-Pol, ryby z Tradycyjnej Wędzarni Warmińskiej, miody Wowka. Warto również zwrócić uwagę na szeroką paletę regionalnych alkoholi m.in. Browar Ukiel oraz Kormoran, który z okazji swojego 20-lecia, odtworzył razem z Pracownią Kopernikańską Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie Gruit Kopernikowski – napój alkoholowy, którego podstawą jest właśnie ziołowy gruit.

Wśród pełnych lodówek i półek #DelikatesówWarmińskich coś dla siebie znajdą również fani ziół, octów a nawet ręcznie robionej biżuterii. Wszystkie potrawy, za wyjątkiem produktów takich jak sery i wędliny, są pakowane w słoiki i mogą stać w lodówce przez jeszcze 2 tygodnie od ich przygotowania. Te „słoiki” dają poczucie domowego, tradycyjnego przechowywania żywności, szykowania weków, które kiedyś dawały poczucie zabezpieczenia. Dzisiaj często, choć wyśmiewane, dają nam poczucie domowego ciepła i ogniska.

Dzięki pomysłowości i faktycznemu przełożeniu haseł „wspieram lokalnych przedsiębiorców i lokalną gastronomię” w czyny Cudne Manowce pokazują na czym polega lokalny patriotyzm, pomoc lokalnym przedsiębiorcom i gastronomii. Również dla najbliższego otoczenia, przy jednoczesnym dbaniu o niematerialne dziedzictwo kulturowe. My z kolei możemy, siedząc w domowym zaciszu, z kubkiem gorącej karmuszki w jesienny wieczór, zanucić pod nosem fragment piosenki Starego Dobrego Małżeństwa „(…) Jak biec do końca, potem odpoczniesz, potem odpoczniesz… Cudne manowce, cudne manowce, cudne manowce (…)”, z nadzieją że już niedługo odpoczniemy od zamieszania i niepewności dzisiejszych, trudnych dla każdego czasów. Bo Warmia i Mazury, to nie wieczne wakacje, jak mawiają niektórzy. Warmia i Mazury to wewnętrzna siła, upór, chęć przetrwania, szacunek i pokora do otaczającej nas natury i świata.

Restaurant Week – Restauracja u Artystów

W niedzielę zakończyła się kolejna edycja Restaurant Week Polska. Swoją ostatnią kolację postanowiłam zjeść w Restauracji u Artystów. Cieszyłam się na nią bardzo, bo od samego początku miałam upatrzone dwie pozycje w menu…

Na przystawkę – kaszanka 2.0.

Na dzień dobry na stole pojawił się hummus w trzech smakach (tradycyjnym, paprykowym i buraczkowym) z domowym, pulchniutkim chlebem. Lekko, miło i przyjemnie, chociaż przyznaję, że hummus jem z warzywami i w takim wydaniu najbardziej mi smakuje, a podanie z chlebem lekko mnie zaskoczyło. Hummus zniknął dość szybko, a po drugiej stronie stołu usłyszałam krótkie – „Dobre, szkoda, że nie było więcej. Czekam na resztę.”

Następnie pojawiła się ona – kaszanka. W dodatku zapiekana z kozim serem na pumperniklu i z sosem z moreli. Było to jedno z dwóch dań, na które bardzo czekałam wybierając się do Artystów. Połączenie kaszanki, którą zazwyczaj podaje się z cebulką czy duszonym jabłkiem, z kozim serem było bardzo dobrym pomysłem Szefowej Kuchni. W takiej odsłonie, kaszanka otrzymała nową twarz, bardziej wytrawną i elegancką, niż dotychczas. A mi, fance koziego sera, serce rosło z każdym kawałkiem, który trafiał do ust.

Danie główne – vege BOOM!

Propozycja dań głównych to wegeburger z domową brioszką. Zamiast mięsa w bułce znalazł się sezonowy bób i pokrzywa oraz mięta. Do tego jajko sadzone – kocham je, szparagi oraz konfitura z pomidorów. Całość dopełniły frytki z pieczonych warzyw korzennych. Była to naprawdę bardzo fajna opcja dla nie mięsożerców czy też osób, które za mięsem po prostu nie przepadają. To, co urzekło mnie w tym daniu najbardziej, to wykorzystanie obecnego sezonu warzywnego, który właśnie wchodzi w swój szczyt. Połączenie bobu z miętą oraz pokrzywą, tak często ignorowaną w kuchni, z jajkiem oraz szparagami, to prawdziwe wiosenno – letnie „boom” dla kubków smakowych…

Drugim głównym daniem była glazurowana noga kaczki z żurawiną, gołąbkiem leśnym z pęczakiem i kremową botwinką. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę było efektowne podanie. A kwiat nasturcji był przysłowiową kropką nad „i”. Co do smaku – kaczka smaczna, choć osobiście wolę, gdy jest bardziej soczysta. Botwinka kremowa, delikatna, może ciut za bardzo delikatna w smaku. Brakowało mi większego akcentu żurawiny, bo bardzo ją lubię, jako dodatek do mięs. Nie małym zaskoczeniem był dla mnie gołąbek. Idealnie przygotowany pęczak z kremowym sosem grzybowym – i nawet gdybym dostała sam pęczak w takim wydaniu, zjadłabym bez gadania i jeszcze mlaskała z zachwytu.

A na deser – trochę śmieszno, trochę straszno

Deser był drugą rzeczą, na którą tak bardzo czekałam idąc do Artystów. Wiedziałam,
że go nie oddam. Dlatego pucharek, a raczej puchar z eton mess oddałam, ale oczywiście też spróbowałam. Bo deserów tak łatwo nie oddaję. Sos z truskawek, pokruszona beza, krem i ziemia czekoladowa. Eton mess to deser bałagan, chociaż taki bałagan to nic innego, jak prawdziwy artystyczny nieład uzupełniających się smaków.

I przyszedł czas na sernik… Kremowy z ciepłymi malinami i prażonymi płatkami migdałowymi. Gdy zobaczyłam go w menu, wiedziałam, że musi być mój. Bo chociaż sernikowa nie jestem, sernik od Artystów uwielbiam. I tu, niestety, zaczyna się mój koszmar albo tragikomedia. Sernik miał być zwieńczeniem kolacji. Niestety, rozczarowanie czy też zawód był równie duży jak moja radość na myśl o nim. I nie chodzi tutaj o smak, czy konsystencję. Nie. Ten kremowy sernik u Artystów, to moim zdaniem, jeden z najlepszych serników, jakie można zjeść w Olsztynie. Idealnie kremowy, na kruchym maślanym spodzie. Mistrzostwo. Jeśli kiedyś zawitacie na Kołłątaja 20 i zobaczycie w karcie kremowy/ nowojorski (bo czasami skrywa się i pod taką nazwą) sernik – zamawiajcie. Skąd więc mój zawód? Z porcji. Była ona tak mała, że nie zdążyłam na dobre poczuć smaku, a sernika już nie było.

Nie wiem, czy tylko ja miałam takiego pecha – szczerze, mam nadzieję, i to ogromną, że tak. Że to ja trafiłam na tak skromny kawałek podczas całego Festiwalu. Nie wyobrażam sobie rozczarowania osoby, która pierwszy raz wybrała się od Artystów skuszona naprawdę ciekawymi i smacznymi propozycjami menu na Restaurant Week. I szczerze wierzę, że była to jednorazowa wpadka podczas Festiwalu. A że trafiła na mnie? Cóż…O dawna wiem, że w życiu nie zawsze można mieć wszystko…Ale chociaż szwy w moich letnich spodenkach odetchnęły z ulgą.

Podsumowując – Artyści przygotowali naprawdę ciekawe menu. Zarówno mięsne jak i wege. Dania były naprawdę bardzo ciekawe, do tego ładnie podane, i co najważniejsze smaczne. Mam nadzieję, że Ich przygoda z Restaurant Week dopiero się zaczyna, bo potencjał jest bardzo duży i warto to wykorzystać .

Restaurant Week – Restauracja Gardenia- ukryty „ogród” w centrum miasta

Restaurant Week – festiwal jedzenia, festiwal restauracji, festiwal nas- foodies, wielbicieli dobrego jedzenia, niebanalnego połączenia faktur i smaków. Dla restauracji to szansa na pokazanie się z innej strony niż codzienne menu, szansa na przysłowiowe wyjście z szafy, a dla nas – gości, szansa na spróbowanie degustacyjnego menu oraz zmrożonej Coca – Coli czy Martini, bo o dobrym towarzystwie przy stole nie muszę wspominać. Od kilku edycji Restaurant Week’i charakteryzowała idea szanuj i kochaj jedzenie. W tej edycji, oprócz tych dwóch, jakże bardzo ważnych w dzisiejszych czasach haseł, dołączyło hasło „Wiwat!”. Wiwat My, Rodzina, Przyjaciele, Jedzenie, Kolacje…Restauracje. W skrócie wszystko to, co ostatnimi dniami zostało nam w pewien sposób nie tyle odebrane, co w dużej mierze ograniczone.

Gdy tylko zobaczyłam „reaktywację” tej edycji miałam swoją listę „must have”, na której znalazła się Restauracja, od której przyszło mi rozpocząć Festiwal. Nie będę kłamać, mimo bardzo ciekawych menu, w których znaleźć można sezonowe produkty, a także ukłon w stronę tradycyjnej kuchni, szłam na kolację lekko zdystansowana i z mocną rezerwą. Wiem, że Restauracja Gardenia przy Hotelu Villa Pallas to nie top kierunek wśród propozycji na Warmii i Mazurach. Jednak Ci, którzy mieli okazję mnie poznać wiedzą, że lubię robić rzeczy po swojemu, czasami pod prąd… Ale zawsze to, co robię, jest moje. Ale do rzeczy, a w tym wypadku… do jedzenia.

Menu A, to opcja dla mięsożerców, a w nim:

  1. Krem z zielonych warzyw z prażonymi migdałam

To co mnie zaskoczyło, to duża porcja jak na przystawkę. Głęboki talerz wypełniony po brzegi gęstym, aromatycznym i pięknie zielonym kremem. Do tego prażone migdały… Sycący, delikatny i wywarzony w smaku… I bardzo żałowałam, że krem powędrował prawie w całości do Asi , z którą miałam przyjemność zjeść kolacją. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała od niej łyżki zupy… No dobrze, zjadłam więcej, niż łyżkę i wracając na swoje miejsce oblizywałam ją z uśmiechem na twarzy.

2. Udo z kaczki, sos żurawinowo – wiśniowy, gnocchi i karmelizowane buraki

Siadając do stołu omawiałyśmy każde danie i ustaliłyśmy, że kaczka będzie Asi. Ale oczy zaświeciły się nam obu, gdy drugie danie zostało podane. Udo było przygotowane idealnie. Nie raz miałam przyjemność jeść kaczkę, a ta była jedną z lepszych, które miałam okazję spróbować. Delikatne, soczyste mięso, które tak cudownie odchodziło od kości rozpływało się w ustach zaraz po tym, jak do nich trafiało. Dodatkowo sos żurawinowo – wiśniowy, który podbijał jej smak. Uwielbiam takie połączenia. A co do kaczki? Oczywiście buraczki. Te delikatnie skameralizowane i słodkie. Całość dopełniały mięciutkie gnocchi skryte w chrupiącej skorupce po podsmażeniu na maśle…

Menu B, to propozycja dla tych, którzy za mięsem nie przepadają, czyli:

Chłodnik z botwinki i jajko

NIe jestem fanką chłodników. Mam z nimi zawsze problem, dlatego poczułam lekki strach, że i tym razem będzie podobnie i odsunę talerz po kilku łyżkach, a porcja, tak samo jak w przypadku kremu z warzyw była naprawdę duża. Tak się nie stało. Ten chłodnik to strzał w dziesiątkę na zakończenie upalnego dnia. Gęsty, z dużą ilością botwinki i dobrze doprawiony, bez częstej kwaskowatości. Piękny różowy kolor, do tego jajko i koperek. Kwintesencja lata i sezonowości w polskiej kuchni.

2. Tagliatelle z kozim serem, czosnkiem, chilli, szalotką i szpinakiem.

Przyznaję, na to danie czekałam. To ono zadecydowało o moim wyborze, by sprawdzić Gardenię. Kocham kozi ser. A w połączeniu z makaronem i szpinakiem mogłabym go jeść codziennie. Ostrość koziego sera podkręcona czosnkiem i chilli, a zwłaszcza tego ostatniego, nie raz sprawiła, że brakowało mi oddechu. Wydawać by się mogło, że makaron to proste i zwyczajne danie, tutaj po raz kolejny potwierdziło się zdanie, że prostota jest najlepsza. I z wielką radością oraz satysfakcją odłożyłam widelec na pusty talerz.

Jeśli chodzi o deser, to był on taki sam w przypadku obu menu. Były to lody z bitą śmietaną, owocami i miętą.

Ukrywać nie będę, że przy przeglądaniu menu, w momencie gdy doszłam do deseru pojawiło się u mnie uczucie lekkiego rozczarowania. Po tak ciekawych propozycjach na deser przygotowano lody. Tylko i aż. Spodziewałam się wymyślnej bezy, ciekawego ciasta. Czegoś. Sama nie wiem czego, ale nie lodów. Przepraszam. I przepraszałam i przeproszę raz jeszcze za taki osąd. Przy tak sytym menu, w którym są tak różne smaki, podanie deseru, który nie byłby tak lekki jak lody, byłoby złem. A po chilli wręcz o nich marzyłam. Lody (truskawka z kawałkami owoców, wiśnia i czekolada – bardzo, bardzo czekoladowe) podane z bitą śmietaną, słodko – kwaśnymi owocami, w tym truskawkami, na które właśnie rozpoczął się sezon i pokruszoną bezą. Niby nic wymyślnego. Ale czy deser musi być wyszukany, by spełniać swoje zadanie? Nie. I przykład w Gardenii jest tego potwierdzeniem.

Zakończyłam kolację naprawdę bardzo zadowolona. Przygotowane dania były bardzo równe i wbrew początkowym odczuciom nie znalazłam w nich słabego punktu. Myślę, że osoby, które zaryzykują i wyłamią się ze schematów i wybiorą się do Gardenii nie będą żałować. Wręcz przeciwnie, przekonają się, że restauracje przy hotelach, a Gardenia na pewno, mają dużo dobrego do zaoferowania. Nie tylko w ramach Restaurant Week’a. I tu, mała dygresja. Gdy tylko usiadłyśmy z Asią przy stole, zaczepiła nas Pani, która zatrzymała się w Hotelu wraz synem, i z wielkim uśmiechem serdecznie i pełna euforii zachęcała i namawiała nas na sandacza, bo jest przepyszny, a jej syn, który jest niejadkiem zjadł całego i powiedział, że nigdy nie jadł tak dobrej ryby. Jeśli macie dzieci, wiecie, że są one wyjątkowo wymagającymi i krytycznymi degustatorami. Więc niech i ta historia będzie rekomendacją kuchni w Gardenii.

Czy żałuje wyboru? Nie. Czy jeszcze raz postawiłabym na Gardenię, jako swój debiut ambasadorki Festwialu? Zdecydowanie. Zachęcam do ryzyka, do chodzenia do miejsc, o których nie jest głośno. Ponieważ wiele z nich jest jak ogród, którym trzeba się zająć, a Ci z Was, którzy czytali „Tajemniczy ogród” pamiętają, że ryzyko i zaopiekowanie się niepozornymi miejscami potrafi zdziałać wielkie rzeczy. W przypadku Restauracji Gardenia, będą to też naprawdę smaczne rzeczy.

Ps. Jeśli wahacie się, czy odwiedzić Restaurację Gardenię ze względu na obecną sytuację, spokojnie – na wejściu czekają na Was płyny do dezynfekcji, instrukcja, jak zachować się na miejscu oraz informacja, że Hotel, a tym samym Restauracja są dostosowane do dzisiejszych czasów. A nasza Pani Kelnerka (przesympatyczna i miła) była w maseczce, więc przestrzegane są wszystkie wytyczne dla zapewnienia bezpieczeńtwa zarówno gościom jak i personelowi.

Artysta drzemie w każdym z nas…

A gdyby tak móc zjeść u artystów i wśród artystów? Gdyby tak móc siąść w lekko przydymionej atmosferze, wśród cegieł, ciemnego drewna, obrazów… Przy cichej muzyce, która jest, a jakby jej nie było. Gdyby na ścianach wisiały obrazy, szkice… A w piwniczce spotkać się na potajemnym spotkaniu ze znajomymi, by móc tworzyć nowe historie…By móc poczuć się jak artysta, który przyszedł odszukać swoją wenę…

Jest na olsztyńskiej starówce miejsce, które działa już 26(!) lat. Miejsce, o którym wie chyba każdy Olsztynianin, a jednak lekko zapomniane, osnute lekką tajemnicą.

Restauracja u Artystów od lat gości w swoich progach każdego, kto ma w sobie choć coś z artysty. Trafiłam tam po raz pierwszy ok. 7 lat temu. Moją uwagę przykuły liczne obrazy na ścianach, piękna cegła i to, co pojawiło się na talerzach. Czas jednak mijał, moje wspomnienia przykrył kurz tak, jak pokrywa on zapomniane obrazy. Aż do tych wakacji, gdy pewnej nocy dostałam zasyp wiadomości od mojej Przyjaciółki… Ciężko było mi je zrozumieć w środku nocy i dopiero rano, po kilkukrotnym ich przeczytaniu i telefonicznym sprostowaniu U Artystów znowu zaczęło chodzić po mojej głowie.

l tak w ostatnią letnią i ciepłą środę zapukałam do drzwi U Artystów…

Na dzień dobry dostałam piękny i szczery uśmiech Magdy i Artura, którzy opiekowali się nami przez naszą całą wizytę. A że po pracy człowiek głodny, na rozgrzewkę poprosiłam o pielmieni z mięsem wieprzowym z kruszonką z bułki tartej i masłem. W tych małych pierożkach kryje się tyle dobra, że z każdym kolejnym kęsem, każdym kolejnym pierożkiem cieszyłam się coraz bardziej, nie tylko aromatem ale i smakiem ukrytego w nich mięsa… i do tego ta kruszonka z bułki i masła. Trudno było powstrzymywać uśmiech na twarzy podczas jedzenia.

Gdy pierwszy głód został zaspokojony przede mną pojawił się talerz wypełniony tagiatelle ze szpinakiem, fasolką szparagową i fetą. Danie wydawałoby się dość proste, jednak nie każdemu udaje się dobrze doprawić szpinak tak, by wydobyć z niego to, co najsmaczniejsze. Nie mdły, nie za mało lub za bardzo słony czy pierny. Wszystko było w punkt. A feta podkreślała dodatkowo jego smak.

Nie byłabym też sobą, gdybym nie podjadała innym z talerza. Dzięki temu miałam okazję spróbować steków minutowych z sosem z zielonego pieprzu z młodymi ziemniakami i sezonową sałatką. Nie jestem fanką piernych potraw i trochę obawiałam się, że smak sosu zdominuje delikatne steki, jednak w bardzo fajny sposób podkręcił smak mięsa, które było bardzo delikatne i wręcz rozpływało się w ustach.

Na drugim talerzu, z którego skubnęłam był mus z kalafiora i młodych ziemniaków, który okazał się petardą oraz filet z kurczaka nadziewany serkiem śmietankowym z pietruszką i czarnuszką.

A na koniec, zamiast deseru spróbowałam pysznego i orzeźwiającego drinka autorstwa Artura.

Cieszy mnie bardzo to, co widziałam U Artystów nie tylko na żywo, ale też na Instagramie. Nowy kucharz, który pracuje od kwietnia, młody, pełen energii i pomysłów zespół, który „to” czuje, któremu się chce. Ducha zmian widać nie tylko po zmianach w karcie, z tego, co podpytałam wiem, że to jeszcze nie koniec, a rozgrzewka przed tym, co ma nastąpić. A zmiany, które idą mają też dotknąć samego lokalu i jego wystroju. Mam nadzieję, że dzięki tym zabiegom i staraniom U Artystów przypomni o sobie Olsztynianom, pokaże, że każdy może się u nich odnaleźć. Przyjść, usiąść, zjeść w przyjemnej i naprawdę ciepłej atmosferze, a czasem i w towarzystwie lokalnych artystów, którzy często się u nich pojawiają i wystawiają swoje obrazy, które można też zakupić.

Lubię i podziwiam zapał i chęć działania, gdy pasja łączy się z pracą, a patrząc i słysząc, jak pracownicy mówią o swoim szefie, kucharzu, miejscu pracy i klientach, jak o nich dbają to, to nie może skończyć się źle.

Czekam z niecierpliwością na zmiany, o których słyszałam… I może na trochę więcej pozycji dla wegetarian/wegan, niż dwie. Czekam. I oficjalnie obiecuję, że już nigdy nie zrobię sobie takiej przerwy od U Artystów.