(Insta)English Breakfast

Angielskie śniadanie – sycące i dające energię na pierwszą część dnia… Trochę bardziej podkręcone od oryginału, dzięki kilku małym, a jednak znaczącym dodatkom…. co więcej, możliwe w wersji wege.

Angielskie śniadanie:

  • jajka
  • puszka fasoli w sosie pomidorowym
  • szpinak
  • pieczarki
  • ser halloumi
  • frankfurterki
  • pomidorki koktajlowe
  • czosnek
  • cebula
  • masło
  • pieczywo
  • odrobina oliwy, sól, pieprz

Pomidorki pieczemy w piekarniku podobnie, jak w przypadku pomidorków i zapiekanej fety. W między czasie na jednej z patelni smażymy halloumi. W garnku podgrzewamy fasolę w sosie. Szpinak podsmażamy na maśle z czosnkiem, a pieczarki z cebulką. By nie wystygły chowamy je do piekarnika. Na koniec smażymy jajka oraz gotujemy frankfurterki. Gdy wszystko jest już gotowe nakładamy na talerze i podajemy ze świeżym pieczywem.

Moja W(armia)iM(azury)LANDIA…

Urodziłam się w Biskupcu, niewielkim miasteczku, za którego granicami kończy się Warmia. Od małego uczono mnie, że mieszkam na Warmii, nie na Mazurach, chociaż te dwie geograficzne, a także kulturowe krainy są ze sobą połączone od lat. Jest to więź trudna, pełna bolesnych momentów, jednak zarazem silna, poprzez „supły”, które powstały przez lata ich istnienia. Nie wiem, czy mogę o sobie mówić „lokalna patriotka”. Nie wiem, czy zasługuję na taki tytuł. Moja rodzina nie pochodzi stąd. Rodzice mojej mamy przyjechali na te tereny na początku lat 50-tych XX w. Rodzina taty pochodzi z łódzkiego, a on sam przyjechał na Warmię ponad 40 lat temu. A mimo to, czuje się Warmiakiem. Ja sama czuję się Warmianką. I gdy ktoś mówi, że jedzie do Olsztyna na Mazury, obrzucam go pogardliwym spojrzeniem i z rzadką sobie stanowczością w głosie mówię „Na Warmię. Olsztyn leży na Warmii, nie na Mazurach”.

Warmia i Mazury to tygiel kultur, narodowości, tradycji… I chociaż przez te wszystkie lata zanikła prawie całkowicie gwara, zarówno warmińska, jak i mazurska. W sumie wszystko to, co warmińskie i mazurskie. Nie każdy chciał przyznawać się do bycia Warmiakiem, czy Mazurem – nie każdy się nim czuł. Jedni czuli się Warmiakami, inni Prusami, bo przecież przez lata były tu Prusy, czyli Niemcy. Jeszcze inni Mazurami, Polakami. To jednak, z biegiem lat, wsród mieszkańców regionu, którzy nie raz byli zmuszeni do opuszczenia swoich domów, a w międzyczasie inni byli zmuszani do zamieszkania na tych ziemiach, zaczęła rodzić się potrzeba powrotu do „siebie” i głośnego mówienia o warmińskiej kulturze.

Zadanie to nie należy do najłatwiejszych. Powojenne losy Warmii i Mazur oraz ich mieszkańców sprawiły, iż niewiele informacji się zachowało. Jednak istnieją osoby, którym na sercu leży odkrywanie zarówno przed mieszkańcami, jak i gośćmi regionu jego historii i tradycji… Również tych kulinarnych. I tak właśnie, z połączenia miłości do jedzenia i regionu oraz jego kuchni powstała Restauracja Cudne Manowce. Jej właściciele, Agnieszka i Tomasz, tak jak mieszkańcy Warmii i Mazur, szukali przez lata swojego „ja”. I tak właśnie odnaleźli je w kuchni regionalnej, stawiając nie tylko na regionalne receptury, ale i na miejscowych dostawców i sezonowość swojego menu. Tym samy, Cudne Manowce dołączyły Sieci Dziedzictwa Kulinarnego Warmii Mazur i Powiśla. Symbol przynależności do Sieci, który zobaczycie na wejściu jest gwarancją, że Cudne Manowce są swojego rodzaju kulinarnym źródłem wiedzy o historii regionu i  ludzi mieszkających na Warmii i Mazurach. Ich kuchnia posiadania dania wielokulturowe, wielonarodowe, które od lat tworzą społeczność Warmii Mazur i Powiśla. Co więcej, Cudne Manowce od 2017 roku otrzymują wyróżnienie (czapkę) w Przewodniku Gault&Millau (prestiżowego przewodnika kulinarnego uznawanego i szanowanego na całym świecie, wydawanego w Polsce od 2015 roku), nazywanego również Żółtym Przewodnikiem, który jest podręcznym wyposażeniem bagażu podróżujących po Polsce foodies. Niedawno zostały też wyróżnione przez twórców programu Widelcem po mapie produkowanego przez kanał Kuchnia Plus.

Co więcej, z tych poszukiwań smaków regionu i starań, by odzyskać zapomniane i stare przepisy, receptury oraz chęci tworzenia współczesnej tożsamości regionu, życia w trybie slow life, które sprzyja i ludziom i naturze powstała WiMlandia. Tajemnicza kraina, którą zwiedzisz pośród pięknej przyrody, tym samym spotykając i poznając dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze Warmii i Mazur. WiMlandia to innymi słowy grupa małych przedsiębiorców z branży gastronomicznej, agroturystycznej, rękodzieła, usług turystycznych, lokalnych producentów żywności oraz środowiska naukowego. Promuje ona lokalną kulturę i wspiera lokalnych twórców i lokalne rękodzieło.

Cudne Manowce od początku stawiały na współpracę z lokalnymi dostawcami, dzięki czemu produkty są ze sprawdzonych źródeł i najwyższej jakości. A jedząc tradycyjne dania, takie jak choćby karmuszka – mazurska zupa przypominająca zupę gulaszową, pełna mięsa i warzyw, fasoli, ciecierzycy i majeranku, którego charakterystyczny słodko- gorzki posmak, odzwierciedla historię Warmii i Mazur. Smak regionu odnajdziecie też w dzyndzałkach warmińskich z wołowina i skrzeczką- wypełnionych mięsem lub kaszą gryczaną, zwaną hreczką, która jest ważnym elementem kuchni warmińskiej. Nie można zapomnieć o podpłomykach z olejem rzepakowym z Glotowa, letniej zupie z pokrzyw ze ślimakami w śmietanie, gryczanych kopytkach, kiszonym topinamburze czy maści czarownic do latania (jest to smarowidło z tłuszczu z gęsi, wieprzowego oraz podrobów z gęsi, cebuli i jabłek).

A za czasów, gdy na Warmii i Mazurach żyły czarownice znana była ze swoich właściwości halucynogennych. A musicie wiedzieć, że ostatni proces czarownicy (tj. kobiety oskarżonej o czary) w Polsce proces i egzekucja kary przez spalenie, odbył się w sierpniu 1811 roku w Reszlu. Ostatnią spaloną na stosie „czarownicą” była Barbara Zdunk. Jej tragiczna historia ma swój początek od oskarżenia o wywołaniu pożaru, który w 1807 roku strawił prawie całą zabudowę Reszla. Jednak wersja stworzona przez Cudne Manowce przy pomocy profesora Stanisława Czachorowskiego jest bezpieczna pod każdym względem…No, chyba, że przesadzimy z jej ilością, wówczas mogą pojawić się objawy lekkiego przejedzenia…

Cudne Manowce, które na co dzień przyjmowały gości na Starówce, jak wszystkie lokale gastronomiczne w obecnej sytuacji musiały zmienić zasady swojego funkcjonowania. Mimo otwartych drzwi, nie możemy już zasiąść przy drewnianych stołach wśród warmińskich motywów, weselnych koników, obok grantowego, ceramicznego pieca, starego kredensu czy pod oknem z warmińską wycinanką.

Jednak Cudne Manowce, jak prawdziwi Warmiacy i Mazurzy nie poddają się łatwo, i mimo ciężkich czasów zostają wierni swoim kulinarnym przekonaniom i ideałom. Dziś każdy z nas może sprowadzić do swojego domu odrobinę regionalnej kuchni, lokalnego dostawcę i jego wyroby. Z potrzeby sytuacji powstały Delikatesy Warmińskie. Jest to zbiór wyrobów przygotowanych na bieżąco na miejscu. Zup, m.in. wspomnianej wcześniej kamuszki, zupy dyniowej, barszczu ukraińskiego, czy ogórkowej. To też leczo i fasolka po bretońsku, marynowany karaś czy okoń, nóżki czy gęś w galarecie, wyjątkowe kiszonki, np. kiszony brokuł czy nasturcja.

W Manowcowych lodówkach zaopatrzyć się można w produkty od lokalnych producentów, m.in w sery od Koziej Farmy Złotnej, wędliny z Zakładów Wędliniarskich Flis-Pol, ryby z Tradycyjnej Wędzarni Warmińskiej, miody Wowka. Warto również zwrócić uwagę na szeroką paletę regionalnych alkoholi m.in. Browar Ukiel oraz Kormoran, który z okazji swojego 20-lecia, odtworzył razem z Pracownią Kopernikańską Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie Gruit Kopernikowski – napój alkoholowy, którego podstawą jest właśnie ziołowy gruit.

Wśród pełnych lodówek i półek #DelikatesówWarmińskich coś dla siebie znajdą również fani ziół, octów a nawet ręcznie robionej biżuterii. Wszystkie potrawy, za wyjątkiem produktów takich jak sery i wędliny, są pakowane w słoiki i mogą stać w lodówce przez jeszcze 2 tygodnie od ich przygotowania. Te „słoiki” dają poczucie domowego, tradycyjnego przechowywania żywności, szykowania weków, które kiedyś dawały poczucie zabezpieczenia. Dzisiaj często, choć wyśmiewane, dają nam poczucie domowego ciepła i ogniska.

Dzięki pomysłowości i faktycznemu przełożeniu haseł „wspieram lokalnych przedsiębiorców i lokalną gastronomię” w czyny Cudne Manowce pokazują na czym polega lokalny patriotyzm, pomoc lokalnym przedsiębiorcom i gastronomii. Również dla najbliższego otoczenia, przy jednoczesnym dbaniu o niematerialne dziedzictwo kulturowe. My z kolei możemy, siedząc w domowym zaciszu, z kubkiem gorącej karmuszki w jesienny wieczór, zanucić pod nosem fragment piosenki Starego Dobrego Małżeństwa „(…) Jak biec do końca, potem odpoczniesz, potem odpoczniesz… Cudne manowce, cudne manowce, cudne manowce (…)”, z nadzieją że już niedługo odpoczniemy od zamieszania i niepewności dzisiejszych, trudnych dla każdego czasów. Bo Warmia i Mazury, to nie wieczne wakacje, jak mawiają niektórzy. Warmia i Mazury to wewnętrzna siła, upór, chęć przetrwania, szacunek i pokora do otaczającej nas natury i świata.

Restaurant Week – Restauracja u Artystów

W niedzielę zakończyła się kolejna edycja Restaurant Week Polska. Swoją ostatnią kolację postanowiłam zjeść w Restauracji u Artystów. Cieszyłam się na nią bardzo, bo od samego początku miałam upatrzone dwie pozycje w menu…

Na przystawkę – kaszanka 2.0.

Na dzień dobry na stole pojawił się hummus w trzech smakach (tradycyjnym, paprykowym i buraczkowym) z domowym, pulchniutkim chlebem. Lekko, miło i przyjemnie, chociaż przyznaję, że hummus jem z warzywami i w takim wydaniu najbardziej mi smakuje, a podanie z chlebem lekko mnie zaskoczyło. Hummus zniknął dość szybko, a po drugiej stronie stołu usłyszałam krótkie – „Dobre, szkoda, że nie było więcej. Czekam na resztę.”

Następnie pojawiła się ona – kaszanka. W dodatku zapiekana z kozim serem na pumperniklu i z sosem z moreli. Było to jedno z dwóch dań, na które bardzo czekałam wybierając się do Artystów. Połączenie kaszanki, którą zazwyczaj podaje się z cebulką czy duszonym jabłkiem, z kozim serem było bardzo dobrym pomysłem Szefowej Kuchni. W takiej odsłonie, kaszanka otrzymała nową twarz, bardziej wytrawną i elegancką, niż dotychczas. A mi, fance koziego sera, serce rosło z każdym kawałkiem, który trafiał do ust.

Danie główne – vege BOOM!

Propozycja dań głównych to wegeburger z domową brioszką. Zamiast mięsa w bułce znalazł się sezonowy bób i pokrzywa oraz mięta. Do tego jajko sadzone – kocham je, szparagi oraz konfitura z pomidorów. Całość dopełniły frytki z pieczonych warzyw korzennych. Była to naprawdę bardzo fajna opcja dla nie mięsożerców czy też osób, które za mięsem po prostu nie przepadają. To, co urzekło mnie w tym daniu najbardziej, to wykorzystanie obecnego sezonu warzywnego, który właśnie wchodzi w swój szczyt. Połączenie bobu z miętą oraz pokrzywą, tak często ignorowaną w kuchni, z jajkiem oraz szparagami, to prawdziwe wiosenno – letnie „boom” dla kubków smakowych…

Drugim głównym daniem była glazurowana noga kaczki z żurawiną, gołąbkiem leśnym z pęczakiem i kremową botwinką. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę było efektowne podanie. A kwiat nasturcji był przysłowiową kropką nad „i”. Co do smaku – kaczka smaczna, choć osobiście wolę, gdy jest bardziej soczysta. Botwinka kremowa, delikatna, może ciut za bardzo delikatna w smaku. Brakowało mi większego akcentu żurawiny, bo bardzo ją lubię, jako dodatek do mięs. Nie małym zaskoczeniem był dla mnie gołąbek. Idealnie przygotowany pęczak z kremowym sosem grzybowym – i nawet gdybym dostała sam pęczak w takim wydaniu, zjadłabym bez gadania i jeszcze mlaskała z zachwytu.

A na deser – trochę śmieszno, trochę straszno

Deser był drugą rzeczą, na którą tak bardzo czekałam idąc do Artystów. Wiedziałam,
że go nie oddam. Dlatego pucharek, a raczej puchar z eton mess oddałam, ale oczywiście też spróbowałam. Bo deserów tak łatwo nie oddaję. Sos z truskawek, pokruszona beza, krem i ziemia czekoladowa. Eton mess to deser bałagan, chociaż taki bałagan to nic innego, jak prawdziwy artystyczny nieład uzupełniających się smaków.

I przyszedł czas na sernik… Kremowy z ciepłymi malinami i prażonymi płatkami migdałowymi. Gdy zobaczyłam go w menu, wiedziałam, że musi być mój. Bo chociaż sernikowa nie jestem, sernik od Artystów uwielbiam. I tu, niestety, zaczyna się mój koszmar albo tragikomedia. Sernik miał być zwieńczeniem kolacji. Niestety, rozczarowanie czy też zawód był równie duży jak moja radość na myśl o nim. I nie chodzi tutaj o smak, czy konsystencję. Nie. Ten kremowy sernik u Artystów, to moim zdaniem, jeden z najlepszych serników, jakie można zjeść w Olsztynie. Idealnie kremowy, na kruchym maślanym spodzie. Mistrzostwo. Jeśli kiedyś zawitacie na Kołłątaja 20 i zobaczycie w karcie kremowy/ nowojorski (bo czasami skrywa się i pod taką nazwą) sernik – zamawiajcie. Skąd więc mój zawód? Z porcji. Była ona tak mała, że nie zdążyłam na dobre poczuć smaku, a sernika już nie było.

Nie wiem, czy tylko ja miałam takiego pecha – szczerze, mam nadzieję, i to ogromną, że tak. Że to ja trafiłam na tak skromny kawałek podczas całego Festiwalu. Nie wyobrażam sobie rozczarowania osoby, która pierwszy raz wybrała się od Artystów skuszona naprawdę ciekawymi i smacznymi propozycjami menu na Restaurant Week. I szczerze wierzę, że była to jednorazowa wpadka podczas Festiwalu. A że trafiła na mnie? Cóż…O dawna wiem, że w życiu nie zawsze można mieć wszystko…Ale chociaż szwy w moich letnich spodenkach odetchnęły z ulgą.

Podsumowując – Artyści przygotowali naprawdę ciekawe menu. Zarówno mięsne jak i wege. Dania były naprawdę bardzo ciekawe, do tego ładnie podane, i co najważniejsze smaczne. Mam nadzieję, że Ich przygoda z Restaurant Week dopiero się zaczyna, bo potencjał jest bardzo duży i warto to wykorzystać .

Drink coffee and smile…

Czy wiecie, że uśmiech jest zaraźliwy, tak jak ziewanie? A nasz mózg na uśmiech reaguje uśmiechem i produkuje endorfiny? A cudzy uśmiech potrafi poprawić nam humor i dzień praktycznie od razu? Nawet Marquez napisał:

„Nigdy nie przestawaj się uśmiechać, nawet jeśli jesteś smutny, ponieważ nigdy nie wiesz, kto może się zakochać w twoim uśmiechu. ”

I z uśmiechem jest trochę jak z dobrą kawą. A gdyby tak połączyć szczery i pełen radości uśmiech z filiżanką dobrej kawy? Połączenie idealne na każdy, nawet najgorszy dzień, prawda? Dla mnie takie połączenie ma swoją nazwę, brzmi ono „Kofikada”.

Nie ma chyba osoby w Olsztynie, która by nie słyszała o tej niewielkiej kawiarni na końcu starówki lub w niej nie była. To miejsce, w którym na dzień dobry, oprócz muzyki, zapachu świeżo mielonej kawy oraz cynamonek (o nich później) przywita Was uśmiech Ekipy Kofikady. Nie ważne, czy jest to Bartek- właściciel, czy którykolwiek z Pracowników (możecie wejść na ich FB i IG, by się o tym przekonać) . Na dzień dobry, nawet w najbardziej pochmurny dzień dostajesz szczery i radosny uśmiech, a za chwilę jeszcze filiżankę kawy czy aromatycznej herbaty, co sprawia że od razu czujesz się lepiej. A gdy to nie wystarcza… Zawsze można poratować się jeszcze domowym ciastem. Wszystkie wypieki, które można zjeść są pieczone przez Kofikadę. Rano, chwilę przed otwarciem lokalu po starówce unosi się zapach ciepłego drożdżowego ciasta i cynamonu. To jasny i niepodważalny znak, że kofikadowe cynamonki opuściły piekarnik i czekają na klientów. Są one chyba najbardziej charakterystycznym i pożądanym wypiekiem kawiarni. Zechcecie uwierzyć albo i nie, ale dostać w tygodniu cynamonkę po godzinie 15 jest naprawdę bardzo, bardzo ciężko- niech to mówi już za nią.

Oprócz cynamonek w repertuarze są jagielnik – mój hit, jeśli chodzi o „zdrowe” ciasta. Bo dla mnie ciasto, to ma być ciasto, czyli gluten, masło i jajka…Ale ten jagielnik, to moja wielka słabość i wybieram go zawsze, jak tylko jest ,nie patrząc już na inne cuda w gablocie. A tam znaleźć można m.in. tartę cytrynową, 3bita, który jest przepyszny (to mój nr dwa, gdy nie ma jagielnika), pleśniaka, jabłecznik, sernik, w tym na zimno, czy ciasto milionera albo blok czekoladowy. Wszystko zależy od tego, czym danego dnia będzie chciała gościć Was Kofikada ( na szczęście cynamonki są codziennie).

Kofikada to nie tylko ciasta (spokojnie, do kawy samej w sobie też przejdę), ale też śniadania. Tosty, szakszuka, jajecznica, gofry, granola czy warzywa z pastami, tu jeśli będziecie mieć szczęście, polecam pastę z kukurydzy, która bardzo zaskoczyła mnie swoim smakiem. Jak śniadanie, to kanapki, w tym wege. I są to kanapki na wypasie, a nie smutne kromki chleba z masłem i plastrem żółtego sera, o nie. Drodzy Państwo, jedna kanapka potrafi napełnić naprawdę puste i głodne brzuchy, a przy okazji zabawi się z Waszymi kubkami smakowymi tak, że zapamiętacie ją na naprawdę długi czas.

Dobrze, przyszedł czas na kawę…W Kofikadzie dostaniecie nie tylko espresso, americano, flat white czy latte albo cappuccino. Fani kawy parzonej w sposób alternatywny, czyli chemex, drip , french press, aeropress i hario znajdą coś dla siebie. Co więcej, oprócz sposobu zaparzania kawy możecie też wybrać rodzaj kawy, którego chcielibyście sprobować. I tu z pomocą przychodzi Bartek i Ekipa Kofikady, którzy nie tylko o powiedzą o kawie, którą mają ale wyjaśnią różnicę w smakach i dopasują ją do Waszych preferencji. Nie raz można usłyszeć rozmowy na temat gatunków, aromatów danej kawy i w ogóle kawy i jej parzenia. Brzmi to trochę jak wywiad środowiskowy dla klienta. Wszystko po to, by był on zadowolony. Jeśli jesteście fanami kofikadowej kawy, możecie zabrać ją do swojego domu nie tylko biorąc kawę na wynos , ale też kupując kawy wypalane przez Kofikadę (podczas kwarantanny powstała strona internetowa, gdzie możecie dokonać zakupy, gdy nie chcecie wychodzić z domu lub nie mieszkacie w Olsztynie). Co więcej, możecie poprosić, by ziarna zostały zmielone i dopasowane do sposobu, w jaki zaparzacie kawę w domu. Po co? By jak najlepiej wydobyć smak i aromat kawy, czyli wszystko to, co jest w niej najważniejsze.

Dlatego, jeśli brakuje Wam uśmiechu, dobrej kawy i czegoś słodkiego, kierujcie się do Kofikady. A mnie ogromnie cieszy, że są takie miejsca w Olsztynie, jak Kofikada, które stawiają na dobrej jakości kawę, dbają o to, by była ona zaparzana i podawana w jak najlepszy sposób. Miejsca, które edukują nas, jeśli chodzi o picie kawy. Dzięki tej różnorodności, każdy z nas jest w stanie znaleźć miejsce oraz kawę, której smak i picie sprawia nam najwięcej przyjemności i radości. Bo przecież o to tutaj i w tym wszystkim chodzi.