Restaurant Week – Restauracja BonoBo – sztuka weganizmu w trzech aktach

Swoją drugą kolację jako ambasadorka Restaurant Week zaplanowałam w wegańskiej restauracji – Bo No Bo Vegan. Jej wyjątkowa lokalizacja – budynek Teatru Jaracza, to zapowiedź gry smaków, doskonałych aktorów i jeszcze lepszej reżyserii w kuchni.

Trzy dzwonki w teatrze to sygnał, że za chwilę na scenie pojawią się aktorzy i rozpocznie się magia. Wymyślne kreacje, niesamowita scenografia. Cisza, ciemność i za chwilę się zacznie. Napięcie rośnie, publika milknie a napięcie sięga zenitu i wszyscy z wielką niecierpliwością wyczekują pierwszego aktora.

Podczas wczorajszej kolacji dzwonkami były Coca-Cola oraz zmrożone, idealne na upalne dni Martini Fiero i Kinley…

Akt pierwszy -przystawki

Jako pierwsze na stole pojawiły się czosnkowy pudding chipa podawany z kawiorem miętowym oraz zielonym ajwarem oraz zapiekanka buraczana podawana z salsą botwinkową i sosem musztardowo – klonowym.

Sztukę pt. „Restaurant Week” rozpoczęłam od zapiekanki buraczanej. Pięknie podana, ciekawe połączenie smaków z salsą botwinkową, która była tak smaczna i orzeźwiająca, że podjadałam ją bez buraka. Jednak smak przystawki – idealny kęs- czyli odrobina każdej składowej potrawy, to było to. Lekka, orzeźwiająca i z delikatnym twistem, pokazująca, że burak to nie tylko tradycyjne buraczki czy ciepła zasmażka do niedzielnego kotleta.

Przyznaję, że czosnkowy pudding chia strasznie mnie ciekawił, byłam wręcz podekscytowana, że będę miała okazję zjeść coś tak niebanalnego. Mi, i zapewne większości z Was, chia kojarzy się z deserami a nie wytrawnymi daniami. Niestety. Okazało się, że to kompletnie nie moje smaki (ciut zupa ogórkowa), a i konsystencja w tym przypadku też nie pomagała. Pudding okazał się, niestety, rozczarowaniem.

Akt drugi – dania główne

Gdy emocje po przystawkach opadły, przyszedł czas na konkrety. I tu akcja się rozkręciła.

Pierwszoplanową rolę zagrała bezmięsna roladka klopsików w kruchym cieście, podawana z pieczonymi młodymi ziemniaczkami, sosem gravy i kiszonym rzodkiewkami.

Aromatyczna roladka, zamknięta w sakiewce z kruchego ciasta idealnie łączyła się aksamitnym, a jednocześnie ciężkim sosem gravy, który dodatkowo był otoczony szczypiorkową oliwą, którą Bo No Bo robią sami. Delikatne, kruche i kiszone rzodkiewki. Jeśli sądzicie, że kuchnia wegańska jest nudna, mdła, czy nie jest w stanie spełnić warunków typowego, polskiego obiadu, to… To właśnie to danie powinien zjeść każdy, kto ma takie wątpliwości. Nie jestem już w stanie wyobrazić obie lepiej odegranej roli wegańskiego obiadu, który śmiało mógłby być pomylony z tradycyjnym posiłkiem. Moje podniebienie skradły nawet kiszone rzodkiewki, a z kiszonek akceptują jedynie ogórki i kapustę… Ale chyba przekonam się do kiszonej rzodkiewki, jak do komedii z Adamem Sandlerem.

Dobrze wiecie, że nie ma dobrej sztuki bez bohaterów, którzy się uzupełniają i trzymają równy poziom, chociaż są zupełnie inni. Tak właśnie było z drugim głównym daniem – czarnymi gnocchi podanymi z pure pietruszkowym, pieczoną marchwią i fasolą mung. Gnocchi mięciutkie niczym pianki marshmellow. Pietruszkowe pure, kremowe idealnie komponowało się z pstrykającym w buzi groszkiem i fasolą mun. Do tego grillowana marchew, która dzięki swojej fakturze była miłą odmianą na miękkich gnocchi i pure. Lekkie, proste danie z efektem wow, niczym rola Jennifer Aniston w Millerach.

Akt trzeci – desery

Rozbawiona aktem drugim nie mogłam doczekać się zakończenia, które już z opisu zapowiadało niesamowite przeżycia nie tylko wizualne ale i smakowe. Dodatkowe napięcie zbudował fakt, że desery podał nam sam Szef. Radek Lewandowski, bo o nim mowa, znany jest z doskonałych deserów, więc moje oczekiwania były podwójne.

Gdy talerze dotknęły blatu Szef zaczął narrację najpierw na temat kremowego ganach podawanego z ciasteczkiem shortbread, krą bezową, sosem malinowym i kawiorem hibiskusowym. Niczym mistrz suspensu wprowadzał nas w tajniki i składniki deserów, których już sam widok przyspieszał nam tętno. Po chwili przyszła pora na słowo wstępu do kremu czekoladowego podawanego z ziemią migdałowo-kakaową, sosem czekoladowym i temperowaną ciemną czekoladą.

Delikatna beza, słodkawy krem przełamany kwaskowatym sosem malinowym i kawiorem hibiskusowym i do tego „maślane”, idealnie kruchy shortbread, który niczym, naprawdę niczym nie odstępował od swojego niewegańskiego oryginału.

Deser z drugiego menu to prawdziwa gratka dla fanów czekolady. Było w nim wszystko, aksamitny sos, delikatny krem, chrupiąca ziemia migdałowo-kakaowa i temperowana czekolada, która wydawała przepiękny dźwięk przy łamaniu się. Jednak wszystko było tak dopracowane, że nie czuło się przesytu czekolady, a wręcz przeciwnie. Nie miało się jej dość. Kocham czekoladę, podobno gdy jadłam to było widać szczęście na mojej twarzy, a ja czułam jak łzy napływają mi do oczu. Wyskrobałam talerze prawie do czysta. Gdyby nie to, że w lokalu byli inni goście, to albo wylizałabym talerz albo resztki czekolady zbierałabym palcem.

To, co przygotowało Bo No Bo na swoją festiwalową premierę można śmiało nazwać bardzo udanym debiutem. Wykorzystanie prostych, często lokalnych produktów, połączenie ich w nietuzinkową całość dało naprawdę niesamowity efekt. Co więcej, przygotowanie wegańskich dań, które potrafią zachwycić mięsożerców jest naprawdę nie lada sztuką.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *