Restaurant Week – Restauracja BonoBo – sztuka weganizmu w trzech aktach

Swoją drugą kolację jako ambasadorka Restaurant Week zaplanowałam w wegańskiej restauracji – Bo No Bo Vegan. Jej wyjątkowa lokalizacja – budynek Teatru Jaracza, to zapowiedź gry smaków, doskonałych aktorów i jeszcze lepszej reżyserii w kuchni.

Trzy dzwonki w teatrze to sygnał, że za chwilę na scenie pojawią się aktorzy i rozpocznie się magia. Wymyślne kreacje, niesamowita scenografia. Cisza, ciemność i za chwilę się zacznie. Napięcie rośnie, publika milknie a napięcie sięga zenitu i wszyscy z wielką niecierpliwością wyczekują pierwszego aktora.

Podczas wczorajszej kolacji dzwonkami były Coca-Cola oraz zmrożone, idealne na upalne dni Martini Fiero i Kinley…

Akt pierwszy -przystawki

Jako pierwsze na stole pojawiły się czosnkowy pudding chipa podawany z kawiorem miętowym oraz zielonym ajwarem oraz zapiekanka buraczana podawana z salsą botwinkową i sosem musztardowo – klonowym.

Sztukę pt. „Restaurant Week” rozpoczęłam od zapiekanki buraczanej. Pięknie podana, ciekawe połączenie smaków z salsą botwinkową, która była tak smaczna i orzeźwiająca, że podjadałam ją bez buraka. Jednak smak przystawki – idealny kęs- czyli odrobina każdej składowej potrawy, to było to. Lekka, orzeźwiająca i z delikatnym twistem, pokazująca, że burak to nie tylko tradycyjne buraczki czy ciepła zasmażka do niedzielnego kotleta.

Przyznaję, że czosnkowy pudding chia strasznie mnie ciekawił, byłam wręcz podekscytowana, że będę miała okazję zjeść coś tak niebanalnego. Mi, i zapewne większości z Was, chia kojarzy się z deserami a nie wytrawnymi daniami. Niestety. Okazało się, że to kompletnie nie moje smaki (ciut zupa ogórkowa), a i konsystencja w tym przypadku też nie pomagała. Pudding okazał się, niestety, rozczarowaniem.

Akt drugi – dania główne

Gdy emocje po przystawkach opadły, przyszedł czas na konkrety. I tu akcja się rozkręciła.

Pierwszoplanową rolę zagrała bezmięsna roladka klopsików w kruchym cieście, podawana z pieczonymi młodymi ziemniaczkami, sosem gravy i kiszonym rzodkiewkami.

Aromatyczna roladka, zamknięta w sakiewce z kruchego ciasta idealnie łączyła się aksamitnym, a jednocześnie ciężkim sosem gravy, który dodatkowo był otoczony szczypiorkową oliwą, którą Bo No Bo robią sami. Delikatne, kruche i kiszone rzodkiewki. Jeśli sądzicie, że kuchnia wegańska jest nudna, mdła, czy nie jest w stanie spełnić warunków typowego, polskiego obiadu, to… To właśnie to danie powinien zjeść każdy, kto ma takie wątpliwości. Nie jestem już w stanie wyobrazić obie lepiej odegranej roli wegańskiego obiadu, który śmiało mógłby być pomylony z tradycyjnym posiłkiem. Moje podniebienie skradły nawet kiszone rzodkiewki, a z kiszonek akceptują jedynie ogórki i kapustę… Ale chyba przekonam się do kiszonej rzodkiewki, jak do komedii z Adamem Sandlerem.

Dobrze wiecie, że nie ma dobrej sztuki bez bohaterów, którzy się uzupełniają i trzymają równy poziom, chociaż są zupełnie inni. Tak właśnie było z drugim głównym daniem – czarnymi gnocchi podanymi z pure pietruszkowym, pieczoną marchwią i fasolą mung. Gnocchi mięciutkie niczym pianki marshmellow. Pietruszkowe pure, kremowe idealnie komponowało się z pstrykającym w buzi groszkiem i fasolą mun. Do tego grillowana marchew, która dzięki swojej fakturze była miłą odmianą na miękkich gnocchi i pure. Lekkie, proste danie z efektem wow, niczym rola Jennifer Aniston w Millerach.

Akt trzeci – desery

Rozbawiona aktem drugim nie mogłam doczekać się zakończenia, które już z opisu zapowiadało niesamowite przeżycia nie tylko wizualne ale i smakowe. Dodatkowe napięcie zbudował fakt, że desery podał nam sam Szef. Radek Lewandowski, bo o nim mowa, znany jest z doskonałych deserów, więc moje oczekiwania były podwójne.

Gdy talerze dotknęły blatu Szef zaczął narrację najpierw na temat kremowego ganach podawanego z ciasteczkiem shortbread, krą bezową, sosem malinowym i kawiorem hibiskusowym. Niczym mistrz suspensu wprowadzał nas w tajniki i składniki deserów, których już sam widok przyspieszał nam tętno. Po chwili przyszła pora na słowo wstępu do kremu czekoladowego podawanego z ziemią migdałowo-kakaową, sosem czekoladowym i temperowaną ciemną czekoladą.

Delikatna beza, słodkawy krem przełamany kwaskowatym sosem malinowym i kawiorem hibiskusowym i do tego „maślane”, idealnie kruchy shortbread, który niczym, naprawdę niczym nie odstępował od swojego niewegańskiego oryginału.

Deser z drugiego menu to prawdziwa gratka dla fanów czekolady. Było w nim wszystko, aksamitny sos, delikatny krem, chrupiąca ziemia migdałowo-kakaowa i temperowana czekolada, która wydawała przepiękny dźwięk przy łamaniu się. Jednak wszystko było tak dopracowane, że nie czuło się przesytu czekolady, a wręcz przeciwnie. Nie miało się jej dość. Kocham czekoladę, podobno gdy jadłam to było widać szczęście na mojej twarzy, a ja czułam jak łzy napływają mi do oczu. Wyskrobałam talerze prawie do czysta. Gdyby nie to, że w lokalu byli inni goście, to albo wylizałabym talerz albo resztki czekolady zbierałabym palcem.

To, co przygotowało Bo No Bo na swoją festiwalową premierę można śmiało nazwać bardzo udanym debiutem. Wykorzystanie prostych, często lokalnych produktów, połączenie ich w nietuzinkową całość dało naprawdę niesamowity efekt. Co więcej, przygotowanie wegańskich dań, które potrafią zachwycić mięsożerców jest naprawdę nie lada sztuką.

Woda w jedzeniu. Czyli ile wody pochłania to, co jemy.

Dziś o jedzeniu ale w innym wydaniu. Każdy z nas je to, na co ma ochotę i rzadko zastanawia się, jaki ma to wpływ na nasze środowisko. Nie chodzi tu tylko o zaśmiecanie otaczającego nas świata, czy to poprzez plastikowe woreczki, czy brak odpowiedniej segregacji śmieci. Mało kto z nas zastanawia się nad tym, jak to, co jemy wpływa na zużycie wody.

Każdy z nas wie, że należy zakręcać wodę w kranie, nastawiać pranie, gdy uzbiera nam się cała pralka, lepiej używać zmywarki, niż zmywać naczynia ręcznie. Długą kąpiel w wannie lepiej zastąpić szybkim prysznicem, rozmrażać jedzenie poprzez wcześniejsze wyjęcie go z zamrażarki itp. Instalować ekonomiczne baterie zlewozmywakowe, oszczędnie spłukiwać wodę oraz dbać o szczelność kranów. Zbierać deszczówkę do podlewania roślin.

Wszystko wydaje się łatwe i w miarę nieskomplikowane. Problem pojawia się, gdy przejdziemy do jedzenia i ilości wody, która jest potrzebna do jego wyhodowania.

Ślad wodny – co to takiego?

Zwolennicy wegetarianizmu, jak i weganizmu podnoszą głos, że jedzenie mięsa, a tym samym jego hodowla powoduje ogromne zniszczenia dla środowiska. Chodzi tu nie tylko o emisję gazów cieplarnianych, które są produkowane ze zwierzęcych odchodów. Coraz częściej, choć nie tak często jak o śladzie węglowym, słyszymy o tajemniczym śladzie wodnym.

Czym on jest? To suma pośredniego i bezpośredniego zużycia wody przez konsumenta. Mówi się o nim w kontekście produktów, do których powstania potrzebna jest woda. Pośrednie zużycie wody to ilość wody, która została użyta do produkcji danego produktu- zarówno roślinnego, jak i mięsnego.

Przewiduje się, że w 2050 roku na ziemi żyć będzie do 9 miliardów ludzi i już teraz wiadomo, że jeśli nie zmienimy naszych nawyków żywieniowych oraz podejścia do tematu oszczędzania wody, nie wystarczy jej by wyprodukować żywności dla przewidywanej liczby ludności.

Co my możemy zrobić? Możemy robić mało, a jednocześnie bardzo dużo. Podstawą naszych działań powinna być świadomość tego, ile zużywa się wody np. do produkcji soku czy mięsa.

Ile wody ma w sobie mój hamburger a ile guacamole?

Do produkcji 1 kg wołowiny potrzeba 14.500 litrów wody. Kilogram wieprzowiny to 5.990 litrów wody. Drób, który tak lubimy jeść i swojego czasu zalecany był ze względów zdrowotnych, nie jest mniej oszczędny, bo do 1 kilograma zużywane jest 4.330 litrów wody.

Ale żeby nie było, że jedynie produkcja mięsa oraz hodowla zwierząt pochłania ogromne ilości wody… Czy wiecie, że do produkcji zaledwie 1 filiżanki kawy potrzebne jest 140 litrów wody? Herbaty – 30 litrów. Wbrew pozorom, wyprodukowanie produktów pochodzenia roślinnego czy ze zbóż, również pochłania dużo wody. Produkcja kilograma ziemniaków wymaga 290 litrów wody – a nasze ukochane chipsy? Ich kilogram to aż 1.040 litrów wody(!). Wodny koszt kapusty to 280 litrów, sałaty 240 litrów, dużego pomidora – „tylko” 50. Jednak już produkcja kilograma ketchupu i przecieru pomidorowego to ponad 700 litrów wody. Do przygotowania bochenka chleba potrzebujemy 462 litrów, kilogram ziaren pszenicy pochłania 1.000 litrów, a ryżu prawie 3.000. Jedno jajo to inwestycja 200 litrów.

Jestem pewna, że każdy z Was minimum raz jadł awokado. Sama uwielbiam guacamole, jednak przyznaję, mam co do niego mieszane uczucia i to bardziej, niż do mięsa. Dlaczego? Bo do wyprodukowania jego kilograma zużywane jest 600 litrów wody. Tylko do samej produkcji. A ile wody pochłania jego zapakowanie oraz transport? Jego droga z miejsca uprawy do naszych domów to ogromny, jak na produkt wege, ślad węglowy. Awokado, choć zdrowe dla nas, nie jest do końca zdrowe dla środowiska. Dlatego zawsze, gdy słyszę głosy przeciwników diety mięsnej, podaję im przykład awokado. Skoro chcemy dbać o środowisko, musimy być dalekowzroczni, bo czasami, jak w przypadku uprawy awokado, istnieje drugie dno- pomijając koszta i wpływ jego transportu na środowisko. Nie mówi się głośno o tym, że pod awokado wycinane są lasy w m.in. Meksyku. I są to naprawdę olbrzymie ilości leśnych hektarów (podobno sady awokado w Michoacan zajmują powierzchnię ok. trzech Warszaw). Więc czy awokado jest dużo lepsze od steka czy hamburgera?

Chcąc być odpowiedzialnym konsumentem…

Powinniśmy zastanowić się, ile zrobionych kaw i herbat w ciągu dnia nie dopijamy i wylewamy. Jakie produktu kupujemy i które najczęściej wyrzucamy. Czy naprawdę musimy codziennie jeść mięso, awokado czy inne owoce i warzywa, które nie są na co dzień dostępne na naszych terenach. Zwracajmy uwagę w sklepie na to, jaki numer mają jajka, które kupujemy, by nie pochodziły one od kur z chowu klatkowego.

Nie powiem Wam, byście zrezygnowali z mięsa, chipsów i awokado- sama uwielbiam te rzeczy. Jednak ograniczyłam, czy też staram się ograniczać ich spożywanie. Kupując owoce i warzywa, wybieram te, które mają dużo wody w swoim składzie (ogórki, sałata, pomidory, truskawki) – dzięki temu dostarczam organizmowi nie tylko potrzebne witaminy i minerały, ale też i wodę. Dzięki temu dbam o odpowiednie nawodnienie. Kupując produkty lokalne oszczędzam wodę i ślad węglowy, który powstałby i powstaje przy zakupie rzeczy, które trzeba eksportować. Staram się żyć zgodnie z ideami less i zero waste- szanuję jedzenie, staram się je wykorzystywać tak, by nie wyrzucać lub wyrzucać jak najmniej. Nie zawsze się to udaje, ale cały czas się uczę, dzięki czemu kontroluję zużycie wody w kuchni.

A jak zmniejszyć zużycie wody w kuchni?

O ile bardzo dużo mówi się o oszczędności wody w łazienkach, o tyle ten temat w kuchni wciąż raczkuje (nie mam tu na myśli przejścia ze zmywania ręcznego na zmywarkę). Co możemy zrobić, by zredukować zużycie wody w kuchni? Jest kilka sposobów, aby woda w kuchni była wykorzystywana kilka razy bez efektu „fuj”:

  1. Jeśli nie solicie wody do gotowania ziemniaków – nie wylewajcie jej. Doskonale się sprawdzi, jako płukanka do włosów (dzięki minerałom, które znajdują się w ziemniakach), czy do obmycia ciała, sprzątania albo do podlania kwiatów.
  2. Makaron do rosołu, czy też innej zupy, nie musi być gotowany w oddzielnym garnku. Wystarczy wrzucić go kilka min przed zakończeniem gotowania i gotowe.
  3. Jeśli już gotujecie oddzielnie makaron, wykorzystajcie tę wodę do włoskich sosów. Jest ona słona i ma w sobie gluten, a to doskonale wpływa na gęstość i aksamitność sosów.
  4. Wodę po ugotowanej kaszy jęczmiennej wykorzystajcie jako bazę do lemoniady. Nie tylko pomoże ona w trawieniu ale też nawodni organizm i obniży poziom złego cholesterolu.
  5. Starajcie się gotować jednogarnkowe potrawy.
  6. Dbajcie o niemarnowanie jedzenia- szanujmy je. Jeśli kupujemy całe kurczak, ryby, itp., czy większe kawałki mięsa a także warzyw, starajmy się wykorzystać wszystkie jego elementy- czy to na wywar, czy do samego dania. Szanujmy i doceńmy zarówno pracę hodowcy, jak i zwierzęcia, którego życie zostało poświęcone, byśmy my mogli żyć.

Woda to…

Dla jednych H2O, dla innych jest to wspólne dobro, o które starają się dbać, bo widzą, co dzieje się z klimatem, ile wody zużywamy na co dzień, jak bardzo wyczerpujemy jej limity. Są świadomi tego, ile jej zawdzięczamy. Dla innych woda to produkt. Towar rynkowy, na którym chcą i już zarabiają i planują zarabiać jeszcze więcej, bo każdy z nas jej potrzebuje.

Woda w jednym słowie to ŻYCIE. Co więcej, życie nie tylko nasze. Dlatego dbajmy o nią, szanujmy, oszczędzajmy. Nie bądźmy egoistami, bo nie jesteśmy na świecie sami… A po nas będą inni – pamiętajmy o tym.

#kontrolujzuŻycie

Post powstał w ramach kampanii społecznej Kontroluj zuŻycie.

Restaurant Week – Restauracja Gardenia- ukryty „ogród” w centrum miasta

Restaurant Week – festiwal jedzenia, festiwal restauracji, festiwal nas- foodies, wielbicieli dobrego jedzenia, niebanalnego połączenia faktur i smaków. Dla restauracji to szansa na pokazanie się z innej strony niż codzienne menu, szansa na przysłowiowe wyjście z szafy, a dla nas – gości, szansa na spróbowanie degustacyjnego menu oraz zmrożonej Coca – Coli czy Martini, bo o dobrym towarzystwie przy stole nie muszę wspominać. Od kilku edycji Restaurant Week’i charakteryzowała idea szanuj i kochaj jedzenie. W tej edycji, oprócz tych dwóch, jakże bardzo ważnych w dzisiejszych czasach haseł, dołączyło hasło „Wiwat!”. Wiwat My, Rodzina, Przyjaciele, Jedzenie, Kolacje…Restauracje. W skrócie wszystko to, co ostatnimi dniami zostało nam w pewien sposób nie tyle odebrane, co w dużej mierze ograniczone.

Gdy tylko zobaczyłam „reaktywację” tej edycji miałam swoją listę „must have”, na której znalazła się Restauracja, od której przyszło mi rozpocząć Festiwal. Nie będę kłamać, mimo bardzo ciekawych menu, w których znaleźć można sezonowe produkty, a także ukłon w stronę tradycyjnej kuchni, szłam na kolację lekko zdystansowana i z mocną rezerwą. Wiem, że Restauracja Gardenia przy Hotelu Villa Pallas to nie top kierunek wśród propozycji na Warmii i Mazurach. Jednak Ci, którzy mieli okazję mnie poznać wiedzą, że lubię robić rzeczy po swojemu, czasami pod prąd… Ale zawsze to, co robię, jest moje. Ale do rzeczy, a w tym wypadku… do jedzenia.

Menu A, to opcja dla mięsożerców, a w nim:

  1. Krem z zielonych warzyw z prażonymi migdałam

To co mnie zaskoczyło, to duża porcja jak na przystawkę. Głęboki talerz wypełniony po brzegi gęstym, aromatycznym i pięknie zielonym kremem. Do tego prażone migdały… Sycący, delikatny i wywarzony w smaku… I bardzo żałowałam, że krem powędrował prawie w całości do Asi , z którą miałam przyjemność zjeść kolacją. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała od niej łyżki zupy… No dobrze, zjadłam więcej, niż łyżkę i wracając na swoje miejsce oblizywałam ją z uśmiechem na twarzy.

2. Udo z kaczki, sos żurawinowo – wiśniowy, gnocchi i karmelizowane buraki

Siadając do stołu omawiałyśmy każde danie i ustaliłyśmy, że kaczka będzie Asi. Ale oczy zaświeciły się nam obu, gdy drugie danie zostało podane. Udo było przygotowane idealnie. Nie raz miałam przyjemność jeść kaczkę, a ta była jedną z lepszych, które miałam okazję spróbować. Delikatne, soczyste mięso, które tak cudownie odchodziło od kości rozpływało się w ustach zaraz po tym, jak do nich trafiało. Dodatkowo sos żurawinowo – wiśniowy, który podbijał jej smak. Uwielbiam takie połączenia. A co do kaczki? Oczywiście buraczki. Te delikatnie skameralizowane i słodkie. Całość dopełniały mięciutkie gnocchi skryte w chrupiącej skorupce po podsmażeniu na maśle…

Menu B, to propozycja dla tych, którzy za mięsem nie przepadają, czyli:

Chłodnik z botwinki i jajko

NIe jestem fanką chłodników. Mam z nimi zawsze problem, dlatego poczułam lekki strach, że i tym razem będzie podobnie i odsunę talerz po kilku łyżkach, a porcja, tak samo jak w przypadku kremu z warzyw była naprawdę duża. Tak się nie stało. Ten chłodnik to strzał w dziesiątkę na zakończenie upalnego dnia. Gęsty, z dużą ilością botwinki i dobrze doprawiony, bez częstej kwaskowatości. Piękny różowy kolor, do tego jajko i koperek. Kwintesencja lata i sezonowości w polskiej kuchni.

2. Tagliatelle z kozim serem, czosnkiem, chilli, szalotką i szpinakiem.

Przyznaję, na to danie czekałam. To ono zadecydowało o moim wyborze, by sprawdzić Gardenię. Kocham kozi ser. A w połączeniu z makaronem i szpinakiem mogłabym go jeść codziennie. Ostrość koziego sera podkręcona czosnkiem i chilli, a zwłaszcza tego ostatniego, nie raz sprawiła, że brakowało mi oddechu. Wydawać by się mogło, że makaron to proste i zwyczajne danie, tutaj po raz kolejny potwierdziło się zdanie, że prostota jest najlepsza. I z wielką radością oraz satysfakcją odłożyłam widelec na pusty talerz.

Jeśli chodzi o deser, to był on taki sam w przypadku obu menu. Były to lody z bitą śmietaną, owocami i miętą.

Ukrywać nie będę, że przy przeglądaniu menu, w momencie gdy doszłam do deseru pojawiło się u mnie uczucie lekkiego rozczarowania. Po tak ciekawych propozycjach na deser przygotowano lody. Tylko i aż. Spodziewałam się wymyślnej bezy, ciekawego ciasta. Czegoś. Sama nie wiem czego, ale nie lodów. Przepraszam. I przepraszałam i przeproszę raz jeszcze za taki osąd. Przy tak sytym menu, w którym są tak różne smaki, podanie deseru, który nie byłby tak lekki jak lody, byłoby złem. A po chilli wręcz o nich marzyłam. Lody (truskawka z kawałkami owoców, wiśnia i czekolada – bardzo, bardzo czekoladowe) podane z bitą śmietaną, słodko – kwaśnymi owocami, w tym truskawkami, na które właśnie rozpoczął się sezon i pokruszoną bezą. Niby nic wymyślnego. Ale czy deser musi być wyszukany, by spełniać swoje zadanie? Nie. I przykład w Gardenii jest tego potwierdzeniem.

Zakończyłam kolację naprawdę bardzo zadowolona. Przygotowane dania były bardzo równe i wbrew początkowym odczuciom nie znalazłam w nich słabego punktu. Myślę, że osoby, które zaryzykują i wyłamią się ze schematów i wybiorą się do Gardenii nie będą żałować. Wręcz przeciwnie, przekonają się, że restauracje przy hotelach, a Gardenia na pewno, mają dużo dobrego do zaoferowania. Nie tylko w ramach Restaurant Week’a. I tu, mała dygresja. Gdy tylko usiadłyśmy z Asią przy stole, zaczepiła nas Pani, która zatrzymała się w Hotelu wraz synem, i z wielkim uśmiechem serdecznie i pełna euforii zachęcała i namawiała nas na sandacza, bo jest przepyszny, a jej syn, który jest niejadkiem zjadł całego i powiedział, że nigdy nie jadł tak dobrej ryby. Jeśli macie dzieci, wiecie, że są one wyjątkowo wymagającymi i krytycznymi degustatorami. Więc niech i ta historia będzie rekomendacją kuchni w Gardenii.

Czy żałuje wyboru? Nie. Czy jeszcze raz postawiłabym na Gardenię, jako swój debiut ambasadorki Festwialu? Zdecydowanie. Zachęcam do ryzyka, do chodzenia do miejsc, o których nie jest głośno. Ponieważ wiele z nich jest jak ogród, którym trzeba się zająć, a Ci z Was, którzy czytali „Tajemniczy ogród” pamiętają, że ryzyko i zaopiekowanie się niepozornymi miejscami potrafi zdziałać wielkie rzeczy. W przypadku Restauracji Gardenia, będą to też naprawdę smaczne rzeczy.

Ps. Jeśli wahacie się, czy odwiedzić Restaurację Gardenię ze względu na obecną sytuację, spokojnie – na wejściu czekają na Was płyny do dezynfekcji, instrukcja, jak zachować się na miejscu oraz informacja, że Hotel, a tym samym Restauracja są dostosowane do dzisiejszych czasów. A nasza Pani Kelnerka (przesympatyczna i miła) była w maseczce, więc przestrzegane są wszystkie wytyczne dla zapewnienia bezpieczeńtwa zarówno gościom jak i personelowi.

Drink coffee and smile…

Czy wiecie, że uśmiech jest zaraźliwy, tak jak ziewanie? A nasz mózg na uśmiech reaguje uśmiechem i produkuje endorfiny? A cudzy uśmiech potrafi poprawić nam humor i dzień praktycznie od razu? Nawet Marquez napisał:

„Nigdy nie przestawaj się uśmiechać, nawet jeśli jesteś smutny, ponieważ nigdy nie wiesz, kto może się zakochać w twoim uśmiechu. ”

I z uśmiechem jest trochę jak z dobrą kawą. A gdyby tak połączyć szczery i pełen radości uśmiech z filiżanką dobrej kawy? Połączenie idealne na każdy, nawet najgorszy dzień, prawda? Dla mnie takie połączenie ma swoją nazwę, brzmi ono „Kofikada”.

Nie ma chyba osoby w Olsztynie, która by nie słyszała o tej niewielkiej kawiarni na końcu starówki lub w niej nie była. To miejsce, w którym na dzień dobry, oprócz muzyki, zapachu świeżo mielonej kawy oraz cynamonek (o nich później) przywita Was uśmiech Ekipy Kofikady. Nie ważne, czy jest to Bartek- właściciel, czy którykolwiek z Pracowników (możecie wejść na ich FB i IG, by się o tym przekonać) . Na dzień dobry, nawet w najbardziej pochmurny dzień dostajesz szczery i radosny uśmiech, a za chwilę jeszcze filiżankę kawy czy aromatycznej herbaty, co sprawia że od razu czujesz się lepiej. A gdy to nie wystarcza… Zawsze można poratować się jeszcze domowym ciastem. Wszystkie wypieki, które można zjeść są pieczone przez Kofikadę. Rano, chwilę przed otwarciem lokalu po starówce unosi się zapach ciepłego drożdżowego ciasta i cynamonu. To jasny i niepodważalny znak, że kofikadowe cynamonki opuściły piekarnik i czekają na klientów. Są one chyba najbardziej charakterystycznym i pożądanym wypiekiem kawiarni. Zechcecie uwierzyć albo i nie, ale dostać w tygodniu cynamonkę po godzinie 15 jest naprawdę bardzo, bardzo ciężko- niech to mówi już za nią.

Oprócz cynamonek w repertuarze są jagielnik – mój hit, jeśli chodzi o „zdrowe” ciasta. Bo dla mnie ciasto, to ma być ciasto, czyli gluten, masło i jajka…Ale ten jagielnik, to moja wielka słabość i wybieram go zawsze, jak tylko jest ,nie patrząc już na inne cuda w gablocie. A tam znaleźć można m.in. tartę cytrynową, 3bita, który jest przepyszny (to mój nr dwa, gdy nie ma jagielnika), pleśniaka, jabłecznik, sernik, w tym na zimno, czy ciasto milionera albo blok czekoladowy. Wszystko zależy od tego, czym danego dnia będzie chciała gościć Was Kofikada ( na szczęście cynamonki są codziennie).

Kofikada to nie tylko ciasta (spokojnie, do kawy samej w sobie też przejdę), ale też śniadania. Tosty, szakszuka, jajecznica, gofry, granola czy warzywa z pastami, tu jeśli będziecie mieć szczęście, polecam pastę z kukurydzy, która bardzo zaskoczyła mnie swoim smakiem. Jak śniadanie, to kanapki, w tym wege. I są to kanapki na wypasie, a nie smutne kromki chleba z masłem i plastrem żółtego sera, o nie. Drodzy Państwo, jedna kanapka potrafi napełnić naprawdę puste i głodne brzuchy, a przy okazji zabawi się z Waszymi kubkami smakowymi tak, że zapamiętacie ją na naprawdę długi czas.

Dobrze, przyszedł czas na kawę…W Kofikadzie dostaniecie nie tylko espresso, americano, flat white czy latte albo cappuccino. Fani kawy parzonej w sposób alternatywny, czyli chemex, drip , french press, aeropress i hario znajdą coś dla siebie. Co więcej, oprócz sposobu zaparzania kawy możecie też wybrać rodzaj kawy, którego chcielibyście sprobować. I tu z pomocą przychodzi Bartek i Ekipa Kofikady, którzy nie tylko o powiedzą o kawie, którą mają ale wyjaśnią różnicę w smakach i dopasują ją do Waszych preferencji. Nie raz można usłyszeć rozmowy na temat gatunków, aromatów danej kawy i w ogóle kawy i jej parzenia. Brzmi to trochę jak wywiad środowiskowy dla klienta. Wszystko po to, by był on zadowolony. Jeśli jesteście fanami kofikadowej kawy, możecie zabrać ją do swojego domu nie tylko biorąc kawę na wynos , ale też kupując kawy wypalane przez Kofikadę (podczas kwarantanny powstała strona internetowa, gdzie możecie dokonać zakupy, gdy nie chcecie wychodzić z domu lub nie mieszkacie w Olsztynie). Co więcej, możecie poprosić, by ziarna zostały zmielone i dopasowane do sposobu, w jaki zaparzacie kawę w domu. Po co? By jak najlepiej wydobyć smak i aromat kawy, czyli wszystko to, co jest w niej najważniejsze.

Dlatego, jeśli brakuje Wam uśmiechu, dobrej kawy i czegoś słodkiego, kierujcie się do Kofikady. A mnie ogromnie cieszy, że są takie miejsca w Olsztynie, jak Kofikada, które stawiają na dobrej jakości kawę, dbają o to, by była ona zaparzana i podawana w jak najlepszy sposób. Miejsca, które edukują nas, jeśli chodzi o picie kawy. Dzięki tej różnorodności, każdy z nas jest w stanie znaleźć miejsce oraz kawę, której smak i picie sprawia nam najwięcej przyjemności i radości. Bo przecież o to tutaj i w tym wszystkim chodzi.