Ti amo pizza! Ti amo Piccola Bari!

Ostatni piątek wakacji. Telefon do przyjaciółki z krótkim hasłem- pizza i piwko. Dwie minuty rozmowy, szybki odbiór i jedziemy. Po drodze zastanawiałyśmy się gdzie, bo na pewno nie centrum Olsztyna. Wybór padł na schowaną na drugim końcu miasta pizzerię. I tak trafiłam do niewielkiej pizzerii z latarniami, do małego Bari.

Zamawiamy pizzę – margheritę, by sprawdzić klasyk klasyków oraz 4 formaggi. Dla mnie te dwie pizze idą na pierwszy ogień, potem testuję inne kombinacje. I oto są! Piękne, okrągłe… pachnące. Uwielbiam serowe pizze, jednak bardzo często ich problem jest taki, że ser spada z ciasta. Powoli zaczynam kroić, podnoszę do góry kawałek i… Nic nie spada ale też nic się nie ciągnie. Chwila zawahania, lekki niepokój i pierwszy gryz… Ciasto idealne, nie za cienkie, nie za grube, nawet wilgotne w sam raz. Połączenie serów, ich smaków komponuje się ze sobą w jedną całość a ich odpowiednia ilość sprawia, że wszystko się trzyma, nic nie spada a ser nie ciągnie się na metry. Mozzarella, gorgonzola, parmezan i ricotta… Cudne serowe kombo.

A margherita? Można by pomyśleć- ot, ciasto, jakiś sos pomidorowy, ser i bazylia, co tu może zdziwić? I wbrew pozorom, zdziwić może dużo. Powtórzę się z ciastem, bo Picolla ma jedno z lepszych, jak nie najlepszych ciast do pizzy, gdzie nawet rant zjesz bez niczego. Naprawdę. I mówię to ja, osoba, która rantów nie jada. Do tej pory ranty to było dla mnie tak suche, przepieczone ciasto, że jedynym ratunkiem, przed zostawieniem ich na talerzu było oddanie ich komuś z kim jadłam, albo naprawdę duże ilości oliwy czy też sosu czosnkowego (tak wiem, to profanacja pizzy w najgorszym wydaniu, ale jednak). A jeśli nie zbyt suche i łykowate bywały ranty, to były one tak grube, że po dwóch gryzach miałam już serdecznie dość i poddawałam się bez większej walki. A ranty w Piccola? One są po prostu pyszne. Lekko chrupiące z zewnątrz, pulchne i z bąbelkami powietrza w środku. Nawet jeśli są lekko przypieczone, to wierzcie mi, nie są suche, nie są niesmaczne. Jedząc kawałek pizzy nie jesteście w stanie wyczuć momentu, w którym przechodzicie w rant i zjadacie go całego. Bez zastanowienia. I kiedy usłyszałam od Iny, właścicielki, że Ich ranty zawsze będę zjadać, to pomyślałam, że jak każdy chwali swój produkt. Faktycznie, chwaliła. Chwaliła i słusznie, bo patrzyłam na talerze innych… Na żadnym nie widziałam rantów, z czasem na swoim też nie. Za to widziałam ludzi, którzy się nimi zajadają, bez dodatków. Dla mnie jest to fenomen.

Wracając jednak do margherity. To, co najbardziej mnie zaskoczyło to sos. Już kiedy szykujesz się do pierwszego gryza czujesz zapach pomidora. I to nie pomidora z puszki, z kartonika czy słoika. To zapach i smak świeżo zerwanego z krzaka pomidora, który rośnie sobie leniwie i łapie każdy, nawet najmniejszy promień słońca. I to czuć. Naprawdę czuć w zapachu, w smaku… Ta marghertia to cudowny przykład na to, że prostota jest ponadczasowa. Kilka składników, który każdy Włoch miał u siebie niezależnie od części Włoch, w której mieszkał czy ile pieniędzy posiadał.

Warto też zwrócić uwagę na Genovę, w której delikatne bazyliowe pesto łączy się z kremowym serem stracciattela (jest to mozzarella w śmietanie i nie ma nic wspólnego ze znaną nam, a przynajmniej mi, słodką stracciattelą), i nagle zaskakuje nas ostrością czerwonej cebuli i chrupkością oraz słonym smakiem włoskiej szynki.

Jednak moim numerem jeden jest pizza, której składniki oddzielnie brzmią super, ale ich połączenie chyba mało komu przyszłoby do głowy. Na dobrą sprawę niewiele brakowało, bym wybrała zupełnie inną pizzę. I tutaj tip dla Was. Wybierając się do Picolla nie ograniczajcie się do tradycyjnego menu. Rozglądajcie się po lokalu, bo tak, jak na wyspie skarbów, tak Piccolo ma trochę ukryte propozycje pizz. Oprócz tradycyjnego papierowego menu, jest też tablica „Szef kuchni poleca”, a na stolikach czekają na Was niepozorne stojaczki z propozycją pizzy. I właśnie dzięki takiej tabliczce zobaczyłam moją pizzę. Gdy wyczytałam wśród składników karmel, tak, karmel, wiedziałam, że to mój typ Czułam to. Czułam to od czubka mojego zadartego nosa, aż po koniuszki palców u stóp. I taki prezent z okazji pierwszych urodzin, w miniony piątek, Piccola Bari zrobiłam sobie sama.

Caramello. To dla mnie totalna petarda, naprawdę. Niewiele jest momentów w życiu, w których brakuje mi słów (ku rozpaczy mojej rodziny i przyjaciół), a spróbowanie tej pizzy było jednym z nich. Szynka parmeńska, orzechy włoskie mozzarella fiordilatte oraz stracciatella. Kiedy ją zamawiałam widziałam ten uśmiech i błysk w oczach ekipy Picolla. Czułam, że coś knują. A gdy pizzę podał mi sam Alex, wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Pierwsza rzeczy, która robi wrażenie, oprócz tego, że pizza wygląda naprawdę fajnie, jest zapach. Delikatny, ciepły i słodki zapach karmelu. Jadłam Caramello w piątek, jest niedzielny wieczór, prawie noc, a mi nadal ciężko znaleźć słowa. I czuję na sobie lekkie spojrzenia otoczenia, biorę pierwszy gryz. Taki gryz idealny, bo pierwsze gryzy często są decydujące. I nagle czuję i smakuję sama nie wiem co. Czuję jak oczy mi się robią wielkie, niczym postaci z mangi. W głowie mam bitwę niczym najlepsza walka Transformersów. Moje kubki smakowe przeżywają jeden z największych alertów i nie wiedzą za bardzo co się dzieje, bo dzieje się wszystko. Jedyne co jestem wstanie zrobić, to spojrzeć na wszystkich błogim spojrzeniem tymi mangowym i oczami i się uśmiechać, uśmiechem błogim i spełnionym. Smak karmelu podbija smak sera i szynki parmeńskiej, bo słodkie idealnie łączy się ze słonym- to jedno z moich ulubionych połączeń. I jeszcze te orzechy. To, co się dzieje jedząc tę pizzę to po prostu jeden wielki foodgasm i gastromind-blow. Jednocześnie. Przez pierwsze dwa kawałki nie mogłam dojść do siebie, potem nie było lepiej, ale byłam wstanie powiedzieć kilka słów typu: wow, pycha, rewelacja – wiem, mistrzostwo oratorstwa. Jednak naprawdę ciężko używając słów powiedzieć coś więcej (ok można, ale jakąś cenzurę i kulturę słowa trzeba zachować), bo wyraz twarzy mówi wszystko. I nie jest to tylko moja opinia, bo podzieliłam się karamello i reakcja była taka sama. Nadal przeżywam ten smak, a na samą myśl moje ślinianki pracują na turbo obrotach. Następnym razem jadąc na pizzę będę chyba nucić piosenkę Gubernatora z Pana Kleksa, lekko ją parafrazując i nucąc sobie w głowie „pizza karmello czeka!”.

Oprócz pizzy w Picolla Bari możecie zjeść Panzerotti al forno wypiekane w piecu, znane też jako calzone oraz panzerotti, czyli włoskie pierogi, a także lasagne i parmigiane – zapiekankę warzywną przekładaną cukinią lub bakłażanem.

Gdzie tkwi sekret Piccola Bari, że pomimo średniej lokalizacji ma klientów nie tylko na dowóz ale i na miejscu? Byłam kilka razy, o różnych porach i zawsze ktoś był a samochód jeździł non stop. To domowa, naprawdę domowa włoska kuchnia przekazywana z pokolenia na pokolenie. Przepis na ciasto do pizzy Alex dostał od dziadka, na panzerotti od mamy. To hołd dla rodzinnych tradycji, wspólnego gotowania, wspólnych posiłków. To kawałek Włoch, który poprzez gotowanie pielęgnują w sobie i Olsztynie Ina i Alex, który przyjechał ze swoją żoną do Polski. Oboje zakochani w sobie, we Włoszech i pizzy. Częstują i obdarowują tym co najlepsze wszystkich wokół. To kawałek Bari – gwarnego, radosnego, rodzinnego, roześmianego – na olsztyńskim Osiedlu Generałów. I te Włochy czuć nie tylko w jedzeniu ale i niesamowicie ciepłej, rodzinnej atmosferze.


Jeśli masz zmartwienie- napij się kawy, jeśli się cieszysz- napij się kawy, jeśli jesteś zmęczony- napij się kawy… (M.Wojciechowska)

Zapach kawy, który wita i otula już od pierwszych kroków po przekroczeniu progu. Głęboki wdech, by nozdrza i płuca wypełniły się tym kojącym aromatem. Delikatna praca młynka, ekspresu, stukot ubijanego mleka. Zamawiam moje ulubione latte i siadam do „swojego” stolika przy oknie. Czekam na powtórkę tego rytuału. I wiem, wiem, że za chwilę będzie dobrze.

To miejsce jest na starówce już od 6 lat, ale dopiero 3 lata temu poczułam, że to jedno z moich miejsc. Miejsc, w których czuję się dobrze nie tylko przychodząc w grupie, ale też sama. A może przede wszystkim sama?

Bo nie łatwo jest znaleźć sobie miejsce, gdy po wielu latach przychodzi zmiana, która burzy porządek nie tylko dnia codziennego ale i weekendów, świąt, urlopów. Gdy na dobrą sprawę trzeba zacząć wiele rzeczy od nowa.

A dobrze jest mieć swój ulubiony fotel i stolik dla samotnych wypadów na kawę z książką pod pachą, czy kanapę na kilku godzinne ploty przy kawie i cieście. Bo przecież nie zawsze chce się siedzieć w domu, a fajnie jest wyjść „gdzieś”.

Jednym z moich „gdzieś” jest Coffee Station na olsztyńskiej starówce. Jasne pomieszczenia, białe ściany, zielone motywy w postaci kwiatów, ściana schowana w dżungli i obrazów z mchu. Wygodne fotele, kanapy, w których możesz się zatopić i odpłynąć po całym dniu, czy tygodniu lub naładować się kofeiną na cały dzień lub choćby jakąś jego część. Z głośników leci muzyka, słychać delikatny gwar rozmów przy innych stolikach… A wszędzie unosi się zapach kawy.

Po kilku minutach czuję, jak głowa zaczyna odpoczywać i włącza się tryb weekendowy, niezależnie od dnia tygodnia. A czas nagle jakby zwalnia. To taka trochę moja Narnia, ale nie walczę tu ze złą czarownicą, a Aslanem mimo wszystko okazuje się kawa, ciasto albo śniadanie…(albo, nie oszukujmy się, to wszystko)

Bo w Coffee Station nie tylko napijecie się pysznej kawy przygotowywanej na wiele sposobów- dripy, hemexy, cold brew, ale też tradycyjne espresso i duże latte czy cappucino. Przez te trzy lata sporo się zmieniło (u mnie też)… Ekipa wciąż doskonali swoje umiejętności baristyczne i artlatte, więc kawy nie tylko są na wysokim poziomie, jeśli chodzi o smak, ale też są zawsze pięknie podane…A pianka w cappuciono czy latte jest tak aksamitna i przytulna, że zawsze mam ochotę się nią przykryć, jak mięciutkim i cieplutkim kocem w jesienno-zimowy wieczór.

To co sprawia, że kawiarnia przyciąga do siebie ludzi, to nie tylko kawa, wnętrze, atmosfera, choć nie ukrywajmy, to już są mocne punkty. Nie można jednak zapomnieć o „dodatkach” do kawy, a w Coffee Station trochę ich znajdziecie i myślę, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

W tygodniu dostępne są ciasta, również te w wersji wegańskiej. Latem możecie zjeść pyszny sernik jagodowy, jesienią pojawia się wegańska tarta ze śliwkami, która dla mnie jest tym, co w jesieni najlepsze. Słodko kwaśna śliwka z cynamonem, lekko orzechowy spód. Gdy ją jesz, czujesz letnie promienie słońca, zapach suchych liści i lekko wilgotnej trawy oraz ziemi. Od razu wracają wspomnienia, gdy skakało się w kupki uzbieranych liści i rzucało się nimi z dzieciakami z podwórka. To taka złota polska jesień na talerzu.

Jeśli nie przepadacie za ciastami możecie zjeść wytrawną tartę, kanapki (ta z karmelizowaną cebulą wymiata), gofry (zarówno te słodkie, jak i wytrawne, również w wersji wegańskiej.

Jednak to, co mnie cieszy chyba najbardziej to śniadania, które uwielbiam. Śniadanie to dla mnie najlepszy i najbardziej uniwersalny posiłek dnia. Można zjeść na nie wszystko, a wszystko to, co może być śniadaniem może być zjedzone na każde inne danie w ciągu dnia.

Śniadania w Coffee to 4 opcje: kanapki z jajkiem w koszulce z bekonem i guacamole (Wege)- ja lubię je mieszać, bo nigdy nie potrafię się zdecydować, więc jest to genialne rozwiązanie dla osób z moim brakiem decyzyjności. Szakszuka (Wege) i oczywiście dla mięsożerców jest opcja z boczkiem. Weganie mogą napełnić swoje brzuszki zapiekanym awokado z farszem z batatów i papryki. A ostatnio w menu pojawiły się frankfurterki z sadzonym jajem i twarożkiem. Do tego jest mała kawa/herbata. Jednak gdy jesteście fanami dużych napoi- nie ma problemu, za mała dopłatą Wasz śniadaniowy zestaw powiększy się o dużą filiżankę kawy lub o sok/ lemoniadę, gdy akurat nie macie ochoty na kawę czy herbatę.


Takie śniadania są dostępne od piątku do niedzieli. Gdybyście chcieli zjeść Wasz pierwszy posiłek dnia w Coffee, to jest też wersja „dnia powszedniego”, w której są do wyboru: jajecznica, zestaw z frankfurterkami, quesadilla oraz wytrawne gofry.

Kolejnym plusem jest zmiana kubeczków na wynos na kubeczki biodegradowalne, tradycyjnych słomek na słomki makaronowe lub papierowe. A kawa na wynos we własnym kubeczku jest 20% tańsza. Jeśli macie ochotę sprawić sobie ekokubek na wynos, nie ma problemu- na miejscu można kupić bambusowe kubki. A oprócz kubków możecie też kupić na miejscu różne kawowe akcesoria i w razie wątpliwości ekipa Cofee Station doradzi Wam, co będzie dla Was najbardziej odpowiednie i jak się posługiwać profesjonalnym sprzętem do zaparzania kawy.

Zdaję sobie sprawę, że niektórzy nie rozumieją mojego przywiązania do Coffee Station- trudno. Inni szukają drugiego dna naszej „znajomości”, bo przez 3 lata miałam okazję poznać Bartka, właściciela. I tu też będzie rozczarowanie, bo drugiego dna nie ma. To co jest, to czysta sympatia do obsługi, która zawsze wie, jak się zachować. To sympatia do miejsca, gdzie spokojnie mogę przesiedzieć kilka godzin wśród „znajomych”. To taka świadomość, że idziemy do przodu przez ten cały czas, osobno a jednak tak trochę jakby razem.

Nawet dzisiaj, kończę ten wpis, siedząc w swoim ulubionym fotelu. Jest niedziela… I pada i bardzo nie chciałam siedzieć w domu sama. A takie dni są najgorsze, pierwsze dni jesieni, gdy zieleń ginie, a pojawiają się brązy i szarości. I nagle wszystko staje się cięższe i bardziej przytłaczające. Na szczęście jest kilka miejsc w Olsztynie, gdzie można zapomnieć o jesiennej słocie, otulić się grubym swetrem lub kocem i z kubkiem aromatycznej kawy, wypatrywać cieplejszych dni…

Właśnie przeczytaliście o jednym z nich.

Ps. Jeśli kiedyś zobaczycie mnie, czy w Coffee Station, czy innym miejscu, zapraszam- napijemy się razem kawy.