Bo domowy obiad nie zawsze musi być w domu.

Czy macie czasem dylemat – gdzie zjeść domowy obiad, kiedy nie chce się Wam gotować? Albo czy czasem macie ochotę pojechać gdzieś, ale żadne miejsce nie przychodzi Wam do głowy? Czasami tak mam i wtedy zerkam do mojej listy „to go – to eat”.

Mam taką listę i nawet się nią podzieliłam z przyjaciółką, ale usłyszałam, że nabazgrałam i ona nic nie potrafi rozczytać, ale bardzo chętnie będzie odhaczać te miejsca razem ze mną. I tak, ciut ponad tydzień temu (! – czas mija zdecydowanie za szybko), odwiedziłyśmy Restaurację Stary Folwark Tumiany. Czemu Folwark? Miałyśmy ochotę na domową i smaczną kuchnię po gorączce sobotniej nocy. Taką, dzięki której poczujemy się, jak w domu… I udało się.

Na miejscu przywitało nas sporo zieleni, śpiew ptaków i słońce, dlatego też wybrałyśmy miejsca na tarasie.

Karta, choć nie długa sprawiła nam lekkie kłopoty, bo wszystkie dania wyglądały bardzo ciekawie. Po dłużej chwili zastanowienia poprosiłam o pikantne flaki z lina i pajdą domowego chleba oraz sakiewkę z naleśnika z kurkami. Przyznam, że do końca zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam wybierając flaki z lina, bo za zupami rybnymi nie przepadam. Szczerze, to naprawdę ich nie lubię, głównie ze względu na zapach. Jednak gdy postawiono przede mną talerz pięknego, klarownego bulionu, pełnego warzyw i flaczków, wiedziałam, że ryzyko się opłaciło. Pyszna, rozgrzewająca i sycąca zupa była tym, czego naprawę potrzebowałam po niewielu godzinach snu. To idealna zupa na kaca, nawet gdy kaca się nie ma. Po kilku łyżkach poczułam, jak wracają mi siły. Wszystko pasowało do siebie idealnie i choćbym chciała, to nie mogłam powiedzieć, że czegoś było za mało czy za dużo. W pewnym momencie zaczęłam mieć nawet obawy, czy dam radę wszystko zjeść (spokojnie, dałam radę).

Gdy złapałam oddech po zupie, przede mną pojawiła się pięknie podana i przygotowana sakiewka z naleśnika z kurkami. Uśmiech na twarzy pojawił się sam, a stał się jeszcze większy, gdy po przekrojeniu naleśnika wysypały się kurki oblane żółtym serem. Całość podkreślona kwaskowatymi porzeczkami sprawiła, że sakiewka zniknęła bardzo szybko, dając poczucie kulinarnego spełnienia.

Z kolei moje „sisters in crime” skusiły się na rosół z kluseczkami z dziecięcego menu (bo przecież w każdym z nas jest dziecko, prawda?), który gdy tylko pojawił się na stole wywołał nasz zachwyt. Ochów i achów nad wyglądem i smakiem nie było końca, aż do momentu, gdy został zjedzony. Pamiętacie może smak rosołu gotowanego przez mamę, tatę czy babcię podczas choroby? Rosół pełen smaku, aromatu, pływających „ok”, koperku, domowych klusek i … miłości? Tak? To dokładnie taki rosół dostaniecie w Folwarku. Gdybym miała opisać go w jednym zdaniu, byłoby krótko- smak dzieciństwa.

Po rosole dziewczyny zabrały się za pierogi ze szczupakiem w sosie podgrzybkowym. Dobrze wyrobione, sprężyste ciasto pozwoliło dobrze poczuć delikatny smak szczupaka. I tu też były zachwyty, chociaż moją uwagę bardziej przykuwał mój talerz.

Rozleniwione i wprawione w lekki błogostan zastanawiałyśmy się nad deserem, bo propozycje wyglądały bardzo kusząco, jednak zgodnie stwierdziłyśmy, że przecież jesteśmy bardzo fit i deser odpuszczamy… Jednak prawda była taka, że miejsca na deser już nam nie starczyło. Zamiast ciasta i lodów cieszyłyśmy się ciszą i spokojem. A na ciastko do Tumian na pewno jeszcze zajdziemy.


I arbuz i ogórek zielony ma garniturek


 Urlopy mają do siebie to, że najpierw czujemy się zagubieni, bo nagle mamy tyle wolnego czasu, że nie wiadomo, co z nim zrobić. Potem robimy milion planów – alb mamy je już przed wolnym, co i kiedy zrobimy… A gdy przychodzi koniec tego miłego i słodkiego nic nie robienia, okazuje się, że nie za dużo zrobiliśmy z tego, co sobie zaplanowaliśmy… Ok, może Wy tak nie macie, ale mój krótki urlop, który dzisiaj dobiega końca tak właśnie wygląda.

I niby coś porobiłam, odpoczęłam, to jednak odczuwam lekki niedosyt i w odpoczynku i w robieniu… Jestem teraz w jednym z moich ulubionych miejsc w Olsztynie, cieszę się pogodą, która robi się coraz lepsza (rano było zimno i padało więc, siedzę w swetrze i wyglądam, jakbym przechodziła menopauzę w wieku 33 lat), kawą i gofrem… Myślę tak o urlopie, myślę… i przypomina mi on sałatkę, którą zrobiłam w tym tygodniu. Niby nic szczególnego, a jednak – szybka, odświeżająca… Pozostawiająca jednak lekki niedosyt.

Sałatka z arbuzem, ogórkiem i fetą:

Składniki:

  • 3 kubki arbuza pokrojonego w kostkę
  • 1 1/2 ogórka
  • 1/3 fety
  • 3 łyżki oliwy
  • 1 łyżka soku z limonki
  • 2 łyżki listków mięty
  • sól, pieprz do smaku

Przygotowanie:

Arbuza kroimy w grubą kostkę. Ogórka obieramy, kroimy na pół i pozbywamy się ziaren. Następnie kroimy go w ćwiartki. Fetę kruszymy lub kroimy w kostkę. Wszystko mieszamy. Na koniec mieszamy oliwę z sokiem z limonki, dodajemy sól i pieprz wg uznania i polewamy sałatkę sosem. Całość posypujemy drobno porwanymi/ poszatkowanymi listkami mięty.