Sałatka z bobem

Jakoś nigdy nie przepadałam za bobem. I przez wiele lat w ogóle go nie jadłam. Jednak w tym toku strasznie ze mną chodził. Dlatego gdy zobaczyłam go na straganie nie zawahałam. A przepis, dzięki któremu polubiłam bób jest przepisem na sałatkę z bobu i awokado od Kwestii Smaku (uwielbiam jej przepisy).
Poniżej właśnie ten przepis (z malutkimi zmianami)

Składniki:

  • szklanka ugotowanego bobu
  • ulubiona zielenina – min sałat, rukola, roszponka itp.
  • 1 dojrzałe awokado
  • 2 jajka
  • grzanki
  • tarty parmezan (wedle uznania)

Sos:

  • 3 łyżki oliwy
  • 3 łyżeczki syropu klonowego
  • 1,5 łyżki soku z cytryny
  • sól, pieprz

Bób płuczemy i wrzucamy do osolonej wrzącej wody. Gotujemy, aż stanie się miękki. Gdy będzie już miękki odcedzamy i zalewamy zimną wodą, a po ostygnięciu obieramy. Awokado obieramy i kroimy w kostkę. Sałatę płuczemy i dzielimy na mniejsze kawałki. Mieszamy ją z połową winegretu i nakładamy na talerze. Dodajemy awokado i bób, doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Przygotowujemy grzanki i posypujemy nimi sałatki. Jajka gotujemy na twardo lub w koszulkach i układamy na sałacie. Na koniec, całość posypujemy parmezanem i polewamy resztą sosu.

Restaurant Week – Restauracja Gardenia- ukryty „ogród” w centrum miasta

Restaurant Week – festiwal jedzenia, festiwal restauracji, festiwal nas- foodies, wielbicieli dobrego jedzenia, niebanalnego połączenia faktur i smaków. Dla restauracji to szansa na pokazanie się z innej strony niż codzienne menu, szansa na przysłowiowe wyjście z szafy, a dla nas – gości, szansa na spróbowanie degustacyjnego menu oraz zmrożonej Coca – Coli czy Martini, bo o dobrym towarzystwie przy stole nie muszę wspominać. Od kilku edycji Restaurant Week’i charakteryzowała idea szanuj i kochaj jedzenie. W tej edycji, oprócz tych dwóch, jakże bardzo ważnych w dzisiejszych czasach haseł, dołączyło hasło „Wiwat!”. Wiwat My, Rodzina, Przyjaciele, Jedzenie, Kolacje…Restauracje. W skrócie wszystko to, co ostatnimi dniami zostało nam w pewien sposób nie tyle odebrane, co w dużej mierze ograniczone.

Gdy tylko zobaczyłam „reaktywację” tej edycji miałam swoją listę „must have”, na której znalazła się Restauracja, od której przyszło mi rozpocząć Festiwal. Nie będę kłamać, mimo bardzo ciekawych menu, w których znaleźć można sezonowe produkty, a także ukłon w stronę tradycyjnej kuchni, szłam na kolację lekko zdystansowana i z mocną rezerwą. Wiem, że Restauracja Gardenia przy Hotelu Villa Pallas to nie top kierunek wśród propozycji na Warmii i Mazurach. Jednak Ci, którzy mieli okazję mnie poznać wiedzą, że lubię robić rzeczy po swojemu, czasami pod prąd… Ale zawsze to, co robię, jest moje. Ale do rzeczy, a w tym wypadku… do jedzenia.

Menu A, to opcja dla mięsożerców, a w nim:

  1. Krem z zielonych warzyw z prażonymi migdałam

To co mnie zaskoczyło, to duża porcja jak na przystawkę. Głęboki talerz wypełniony po brzegi gęstym, aromatycznym i pięknie zielonym kremem. Do tego prażone migdały… Sycący, delikatny i wywarzony w smaku… I bardzo żałowałam, że krem powędrował prawie w całości do Asi , z którą miałam przyjemność zjeść kolacją. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała od niej łyżki zupy… No dobrze, zjadłam więcej, niż łyżkę i wracając na swoje miejsce oblizywałam ją z uśmiechem na twarzy.

2. Udo z kaczki, sos żurawinowo – wiśniowy, gnocchi i karmelizowane buraki

Siadając do stołu omawiałyśmy każde danie i ustaliłyśmy, że kaczka będzie Asi. Ale oczy zaświeciły się nam obu, gdy drugie danie zostało podane. Udo było przygotowane idealnie. Nie raz miałam przyjemność jeść kaczkę, a ta była jedną z lepszych, które miałam okazję spróbować. Delikatne, soczyste mięso, które tak cudownie odchodziło od kości rozpływało się w ustach zaraz po tym, jak do nich trafiało. Dodatkowo sos żurawinowo – wiśniowy, który podbijał jej smak. Uwielbiam takie połączenia. A co do kaczki? Oczywiście buraczki. Te delikatnie skameralizowane i słodkie. Całość dopełniały mięciutkie gnocchi skryte w chrupiącej skorupce po podsmażeniu na maśle…

Menu B, to propozycja dla tych, którzy za mięsem nie przepadają, czyli:

Chłodnik z botwinki i jajko

NIe jestem fanką chłodników. Mam z nimi zawsze problem, dlatego poczułam lekki strach, że i tym razem będzie podobnie i odsunę talerz po kilku łyżkach, a porcja, tak samo jak w przypadku kremu z warzyw była naprawdę duża. Tak się nie stało. Ten chłodnik to strzał w dziesiątkę na zakończenie upalnego dnia. Gęsty, z dużą ilością botwinki i dobrze doprawiony, bez częstej kwaskowatości. Piękny różowy kolor, do tego jajko i koperek. Kwintesencja lata i sezonowości w polskiej kuchni.

2. Tagliatelle z kozim serem, czosnkiem, chilli, szalotką i szpinakiem.

Przyznaję, na to danie czekałam. To ono zadecydowało o moim wyborze, by sprawdzić Gardenię. Kocham kozi ser. A w połączeniu z makaronem i szpinakiem mogłabym go jeść codziennie. Ostrość koziego sera podkręcona czosnkiem i chilli, a zwłaszcza tego ostatniego, nie raz sprawiła, że brakowało mi oddechu. Wydawać by się mogło, że makaron to proste i zwyczajne danie, tutaj po raz kolejny potwierdziło się zdanie, że prostota jest najlepsza. I z wielką radością oraz satysfakcją odłożyłam widelec na pusty talerz.

Jeśli chodzi o deser, to był on taki sam w przypadku obu menu. Były to lody z bitą śmietaną, owocami i miętą.

Ukrywać nie będę, że przy przeglądaniu menu, w momencie gdy doszłam do deseru pojawiło się u mnie uczucie lekkiego rozczarowania. Po tak ciekawych propozycjach na deser przygotowano lody. Tylko i aż. Spodziewałam się wymyślnej bezy, ciekawego ciasta. Czegoś. Sama nie wiem czego, ale nie lodów. Przepraszam. I przepraszałam i przeproszę raz jeszcze za taki osąd. Przy tak sytym menu, w którym są tak różne smaki, podanie deseru, który nie byłby tak lekki jak lody, byłoby złem. A po chilli wręcz o nich marzyłam. Lody (truskawka z kawałkami owoców, wiśnia i czekolada – bardzo, bardzo czekoladowe) podane z bitą śmietaną, słodko – kwaśnymi owocami, w tym truskawkami, na które właśnie rozpoczął się sezon i pokruszoną bezą. Niby nic wymyślnego. Ale czy deser musi być wyszukany, by spełniać swoje zadanie? Nie. I przykład w Gardenii jest tego potwierdzeniem.

Zakończyłam kolację naprawdę bardzo zadowolona. Przygotowane dania były bardzo równe i wbrew początkowym odczuciom nie znalazłam w nich słabego punktu. Myślę, że osoby, które zaryzykują i wyłamią się ze schematów i wybiorą się do Gardenii nie będą żałować. Wręcz przeciwnie, przekonają się, że restauracje przy hotelach, a Gardenia na pewno, mają dużo dobrego do zaoferowania. Nie tylko w ramach Restaurant Week’a. I tu, mała dygresja. Gdy tylko usiadłyśmy z Asią przy stole, zaczepiła nas Pani, która zatrzymała się w Hotelu wraz synem, i z wielkim uśmiechem serdecznie i pełna euforii zachęcała i namawiała nas na sandacza, bo jest przepyszny, a jej syn, który jest niejadkiem zjadł całego i powiedział, że nigdy nie jadł tak dobrej ryby. Jeśli macie dzieci, wiecie, że są one wyjątkowo wymagającymi i krytycznymi degustatorami. Więc niech i ta historia będzie rekomendacją kuchni w Gardenii.

Czy żałuje wyboru? Nie. Czy jeszcze raz postawiłabym na Gardenię, jako swój debiut ambasadorki Festwialu? Zdecydowanie. Zachęcam do ryzyka, do chodzenia do miejsc, o których nie jest głośno. Ponieważ wiele z nich jest jak ogród, którym trzeba się zająć, a Ci z Was, którzy czytali „Tajemniczy ogród” pamiętają, że ryzyko i zaopiekowanie się niepozornymi miejscami potrafi zdziałać wielkie rzeczy. W przypadku Restauracji Gardenia, będą to też naprawdę smaczne rzeczy.

Ps. Jeśli wahacie się, czy odwiedzić Restaurację Gardenię ze względu na obecną sytuację, spokojnie – na wejściu czekają na Was płyny do dezynfekcji, instrukcja, jak zachować się na miejscu oraz informacja, że Hotel, a tym samym Restauracja są dostosowane do dzisiejszych czasów. A nasza Pani Kelnerka (przesympatyczna i miła) była w maseczce, więc przestrzegane są wszystkie wytyczne dla zapewnienia bezpieczeńtwa zarówno gościom jak i personelowi.

Bataty z pieczoną fetą

W listopadzie jakoś nie mogłam się odnaleźć, a w gorsze dni marzyłam o czymś pysznym do jedzenia – padało na pieczone warzywa.

Lubię bataty za ich lekko słodki smak, który komponuje się i ze słonym i z ostrym, a nawet słonym. Poniżej znajdziecie przepis z książki Sirocco, który nie raz ratował mnie w listopadzie, m.in. dzięki temu, że jest szybki.

Bataty z pieczoną fetą (4-6 porcji)

  • 1,5 kg batatów
  • 4-5 łyżki oliwy lub oliwy czosnkowej
  • 1 kostka fety
  • 3 łyżeczki oregano/ ziół prowansalskie
  • 2 łyżki jogurtu greckiego
  • sól morska, świeżo zmielony pieprz

Bataty obieramy (lub porządnie szczotkujemy pod wodą) i kroimy w łódki. W międzyczasie rozgrzewamy piekarnik do 220 stopni.

Składamy arkusz folii aluminiowej na pół i odkładamy go na bok.

Bataty pieczemy 20 minut. Po tym czasie wyjmujemy blaszkę z piekarnika i przewracamy łódeczki na drugą stronę. Jeśli mamy miejsce na tej samej blasze, kładziemy na niej przygotowaną wcześniej folię aluminiową i kładziemy na niej fetę. Jeśli nie, kładziemy arkusz folii z fetą na drugiej blaszce.

Na drugiej blasze wyłożonej papierem do pieczenia kładziemy bataty. Polewamy je oliwą (jeśli nie mamy czosnkowej możemy pokroić ząbki czosnku), solimy oraz pieprzymy i mieszamy rękoma, by wszystko bataty dobrze pokryły się oliwą.

Całość pieczemy przez 10-12 minut, aż bataty zrobią się miękkie i zarumienione. Po tym czasie fetę przekładamy do miseczki i mieszamy ją z jogurtem oraz ziołami. Dokładnie mieszamy.

Łódeczki wykładamy na talerz i łyżeczką nakładamy przygotowany dip, posypując dodatkowo ziołami i ew. solą oraz pieprzem.

Ziemniak – ostatnie starcie!

Pewnie większość z Was nie kojarzy tej francuskiej bajki, której odcinki trwały niecałe 8 min. A to bajka o królu Hugo z Królestwa Ziemniaków, który walczył ze Smokiem… Ale jak nie trudno się domyślić, to Smok zawsze był zwycięzcą, a rycerze kończyli zazwyczaj, jako pieczone ziemniaczki.

Ta kreskówka zawsze mi się przypomina, gdy robię coś z ziemniakami. A, że ostatnio chodził za mną ziemniak, to sobie sprawiłam z okazji długiego weekendu, ziemniaki w mundurkach. Z gzikiem. Prosto, szybko i smacznie…

Ziemniaki w mundurkach z gzikiem:

  • ziemniaki
  • twaróg półtłusty
  • jogurt naturalny
  • czosnek
  • cebula
  • szczypior
  • masło
  • sól, pieprz

Ziemniaki dokładnie szorujemy. Gotujemy w wodzie lub pieczemy w piekarniku- wg upodobania. W tym czasie przygotowujemy gzik. Twaróg rozdrabniamy widelcem i mieszamy z jogurtem. Dodajemy posiekany czosnek i cebulę. Dodajemy sól i pieprz do smaku. Mieszamy.

Gdy ziemniaki będą już gotowe, kroimy je na pół, kładziemy odrobinę masła, gzik i posypujemy szczypiorem.

Na dwa ziemniaki przypada ok. kostka twarogu. Jeśli chodzi o czosnek, szczypior i jogurt, ich ilość zależy tylko i wyłącznie od Waszych upodobań. Bardzo lubię, jak jest dużo masła, wtedy ziemniaki są bardzo kremowe i dużo gziku z olbrzymią ilością czosnku, na który mam ostatnio straszną fazę. Spokojnie mogę robić za żywą tarczę na wypadek ataku wampirów, bo pochłaniam jego ogromnie ilości. Jeśli zostały Wam ziemniaki z obiadu sprawa jest prosta. Podsmażcie albo podgrzejcie je w garnku z masłem – taki lesswaste w kuchni.