Restaurant Week – Restauracja u Artystów

W niedzielę zakończyła się kolejna edycja Restaurant Week Polska. Swoją ostatnią kolację postanowiłam zjeść w Restauracji u Artystów. Cieszyłam się na nią bardzo, bo od samego początku miałam upatrzone dwie pozycje w menu…

Na przystawkę – kaszanka 2.0.

Na dzień dobry na stole pojawił się hummus w trzech smakach (tradycyjnym, paprykowym i buraczkowym) z domowym, pulchniutkim chlebem. Lekko, miło i przyjemnie, chociaż przyznaję, że hummus jem z warzywami i w takim wydaniu najbardziej mi smakuje, a podanie z chlebem lekko mnie zaskoczyło. Hummus zniknął dość szybko, a po drugiej stronie stołu usłyszałam krótkie – „Dobre, szkoda, że nie było więcej. Czekam na resztę.”

Następnie pojawiła się ona – kaszanka. W dodatku zapiekana z kozim serem na pumperniklu i z sosem z moreli. Było to jedno z dwóch dań, na które bardzo czekałam wybierając się do Artystów. Połączenie kaszanki, którą zazwyczaj podaje się z cebulką czy duszonym jabłkiem, z kozim serem było bardzo dobrym pomysłem Szefowej Kuchni. W takiej odsłonie, kaszanka otrzymała nową twarz, bardziej wytrawną i elegancką, niż dotychczas. A mi, fance koziego sera, serce rosło z każdym kawałkiem, który trafiał do ust.

Danie główne – vege BOOM!

Propozycja dań głównych to wegeburger z domową brioszką. Zamiast mięsa w bułce znalazł się sezonowy bób i pokrzywa oraz mięta. Do tego jajko sadzone – kocham je, szparagi oraz konfitura z pomidorów. Całość dopełniły frytki z pieczonych warzyw korzennych. Była to naprawdę bardzo fajna opcja dla nie mięsożerców czy też osób, które za mięsem po prostu nie przepadają. To, co urzekło mnie w tym daniu najbardziej, to wykorzystanie obecnego sezonu warzywnego, który właśnie wchodzi w swój szczyt. Połączenie bobu z miętą oraz pokrzywą, tak często ignorowaną w kuchni, z jajkiem oraz szparagami, to prawdziwe wiosenno – letnie „boom” dla kubków smakowych…

Drugim głównym daniem była glazurowana noga kaczki z żurawiną, gołąbkiem leśnym z pęczakiem i kremową botwinką. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę było efektowne podanie. A kwiat nasturcji był przysłowiową kropką nad „i”. Co do smaku – kaczka smaczna, choć osobiście wolę, gdy jest bardziej soczysta. Botwinka kremowa, delikatna, może ciut za bardzo delikatna w smaku. Brakowało mi większego akcentu żurawiny, bo bardzo ją lubię, jako dodatek do mięs. Nie małym zaskoczeniem był dla mnie gołąbek. Idealnie przygotowany pęczak z kremowym sosem grzybowym – i nawet gdybym dostała sam pęczak w takim wydaniu, zjadłabym bez gadania i jeszcze mlaskała z zachwytu.

A na deser – trochę śmieszno, trochę straszno

Deser był drugą rzeczą, na którą tak bardzo czekałam idąc do Artystów. Wiedziałam,
że go nie oddam. Dlatego pucharek, a raczej puchar z eton mess oddałam, ale oczywiście też spróbowałam. Bo deserów tak łatwo nie oddaję. Sos z truskawek, pokruszona beza, krem i ziemia czekoladowa. Eton mess to deser bałagan, chociaż taki bałagan to nic innego, jak prawdziwy artystyczny nieład uzupełniających się smaków.

I przyszedł czas na sernik… Kremowy z ciepłymi malinami i prażonymi płatkami migdałowymi. Gdy zobaczyłam go w menu, wiedziałam, że musi być mój. Bo chociaż sernikowa nie jestem, sernik od Artystów uwielbiam. I tu, niestety, zaczyna się mój koszmar albo tragikomedia. Sernik miał być zwieńczeniem kolacji. Niestety, rozczarowanie czy też zawód był równie duży jak moja radość na myśl o nim. I nie chodzi tutaj o smak, czy konsystencję. Nie. Ten kremowy sernik u Artystów, to moim zdaniem, jeden z najlepszych serników, jakie można zjeść w Olsztynie. Idealnie kremowy, na kruchym maślanym spodzie. Mistrzostwo. Jeśli kiedyś zawitacie na Kołłątaja 20 i zobaczycie w karcie kremowy/ nowojorski (bo czasami skrywa się i pod taką nazwą) sernik – zamawiajcie. Skąd więc mój zawód? Z porcji. Była ona tak mała, że nie zdążyłam na dobre poczuć smaku, a sernika już nie było.

Nie wiem, czy tylko ja miałam takiego pecha – szczerze, mam nadzieję, i to ogromną, że tak. Że to ja trafiłam na tak skromny kawałek podczas całego Festiwalu. Nie wyobrażam sobie rozczarowania osoby, która pierwszy raz wybrała się od Artystów skuszona naprawdę ciekawymi i smacznymi propozycjami menu na Restaurant Week. I szczerze wierzę, że była to jednorazowa wpadka podczas Festiwalu. A że trafiła na mnie? Cóż…O dawna wiem, że w życiu nie zawsze można mieć wszystko…Ale chociaż szwy w moich letnich spodenkach odetchnęły z ulgą.

Podsumowując – Artyści przygotowali naprawdę ciekawe menu. Zarówno mięsne jak i wege. Dania były naprawdę bardzo ciekawe, do tego ładnie podane, i co najważniejsze smaczne. Mam nadzieję, że Ich przygoda z Restaurant Week dopiero się zaczyna, bo potencjał jest bardzo duży i warto to wykorzystać .

Drink coffee and smile…

Czy wiecie, że uśmiech jest zaraźliwy, tak jak ziewanie? A nasz mózg na uśmiech reaguje uśmiechem i produkuje endorfiny? A cudzy uśmiech potrafi poprawić nam humor i dzień praktycznie od razu? Nawet Marquez napisał:

„Nigdy nie przestawaj się uśmiechać, nawet jeśli jesteś smutny, ponieważ nigdy nie wiesz, kto może się zakochać w twoim uśmiechu. ”

I z uśmiechem jest trochę jak z dobrą kawą. A gdyby tak połączyć szczery i pełen radości uśmiech z filiżanką dobrej kawy? Połączenie idealne na każdy, nawet najgorszy dzień, prawda? Dla mnie takie połączenie ma swoją nazwę, brzmi ono „Kofikada”.

Nie ma chyba osoby w Olsztynie, która by nie słyszała o tej niewielkiej kawiarni na końcu starówki lub w niej nie była. To miejsce, w którym na dzień dobry, oprócz muzyki, zapachu świeżo mielonej kawy oraz cynamonek (o nich później) przywita Was uśmiech Ekipy Kofikady. Nie ważne, czy jest to Bartek- właściciel, czy którykolwiek z Pracowników (możecie wejść na ich FB i IG, by się o tym przekonać) . Na dzień dobry, nawet w najbardziej pochmurny dzień dostajesz szczery i radosny uśmiech, a za chwilę jeszcze filiżankę kawy czy aromatycznej herbaty, co sprawia że od razu czujesz się lepiej. A gdy to nie wystarcza… Zawsze można poratować się jeszcze domowym ciastem. Wszystkie wypieki, które można zjeść są pieczone przez Kofikadę. Rano, chwilę przed otwarciem lokalu po starówce unosi się zapach ciepłego drożdżowego ciasta i cynamonu. To jasny i niepodważalny znak, że kofikadowe cynamonki opuściły piekarnik i czekają na klientów. Są one chyba najbardziej charakterystycznym i pożądanym wypiekiem kawiarni. Zechcecie uwierzyć albo i nie, ale dostać w tygodniu cynamonkę po godzinie 15 jest naprawdę bardzo, bardzo ciężko- niech to mówi już za nią.

Oprócz cynamonek w repertuarze są jagielnik – mój hit, jeśli chodzi o „zdrowe” ciasta. Bo dla mnie ciasto, to ma być ciasto, czyli gluten, masło i jajka…Ale ten jagielnik, to moja wielka słabość i wybieram go zawsze, jak tylko jest ,nie patrząc już na inne cuda w gablocie. A tam znaleźć można m.in. tartę cytrynową, 3bita, który jest przepyszny (to mój nr dwa, gdy nie ma jagielnika), pleśniaka, jabłecznik, sernik, w tym na zimno, czy ciasto milionera albo blok czekoladowy. Wszystko zależy od tego, czym danego dnia będzie chciała gościć Was Kofikada ( na szczęście cynamonki są codziennie).

Kofikada to nie tylko ciasta (spokojnie, do kawy samej w sobie też przejdę), ale też śniadania. Tosty, szakszuka, jajecznica, gofry, granola czy warzywa z pastami, tu jeśli będziecie mieć szczęście, polecam pastę z kukurydzy, która bardzo zaskoczyła mnie swoim smakiem. Jak śniadanie, to kanapki, w tym wege. I są to kanapki na wypasie, a nie smutne kromki chleba z masłem i plastrem żółtego sera, o nie. Drodzy Państwo, jedna kanapka potrafi napełnić naprawdę puste i głodne brzuchy, a przy okazji zabawi się z Waszymi kubkami smakowymi tak, że zapamiętacie ją na naprawdę długi czas.

Dobrze, przyszedł czas na kawę…W Kofikadzie dostaniecie nie tylko espresso, americano, flat white czy latte albo cappuccino. Fani kawy parzonej w sposób alternatywny, czyli chemex, drip , french press, aeropress i hario znajdą coś dla siebie. Co więcej, oprócz sposobu zaparzania kawy możecie też wybrać rodzaj kawy, którego chcielibyście sprobować. I tu z pomocą przychodzi Bartek i Ekipa Kofikady, którzy nie tylko o powiedzą o kawie, którą mają ale wyjaśnią różnicę w smakach i dopasują ją do Waszych preferencji. Nie raz można usłyszeć rozmowy na temat gatunków, aromatów danej kawy i w ogóle kawy i jej parzenia. Brzmi to trochę jak wywiad środowiskowy dla klienta. Wszystko po to, by był on zadowolony. Jeśli jesteście fanami kofikadowej kawy, możecie zabrać ją do swojego domu nie tylko biorąc kawę na wynos , ale też kupując kawy wypalane przez Kofikadę (podczas kwarantanny powstała strona internetowa, gdzie możecie dokonać zakupy, gdy nie chcecie wychodzić z domu lub nie mieszkacie w Olsztynie). Co więcej, możecie poprosić, by ziarna zostały zmielone i dopasowane do sposobu, w jaki zaparzacie kawę w domu. Po co? By jak najlepiej wydobyć smak i aromat kawy, czyli wszystko to, co jest w niej najważniejsze.

Dlatego, jeśli brakuje Wam uśmiechu, dobrej kawy i czegoś słodkiego, kierujcie się do Kofikady. A mnie ogromnie cieszy, że są takie miejsca w Olsztynie, jak Kofikada, które stawiają na dobrej jakości kawę, dbają o to, by była ona zaparzana i podawana w jak najlepszy sposób. Miejsca, które edukują nas, jeśli chodzi o picie kawy. Dzięki tej różnorodności, każdy z nas jest w stanie znaleźć miejsce oraz kawę, której smak i picie sprawia nam najwięcej przyjemności i radości. Bo przecież o to tutaj i w tym wszystkim chodzi.

Jeśli masz zmartwienie- napij się kawy, jeśli się cieszysz- napij się kawy, jeśli jesteś zmęczony- napij się kawy… (M.Wojciechowska)

Zapach kawy, który wita i otula już od pierwszych kroków po przekroczeniu progu. Głęboki wdech, by nozdrza i płuca wypełniły się tym kojącym aromatem. Delikatna praca młynka, ekspresu, stukot ubijanego mleka. Zamawiam moje ulubione latte i siadam do „swojego” stolika przy oknie. Czekam na powtórkę tego rytuału. I wiem, wiem, że za chwilę będzie dobrze.

To miejsce jest na starówce już od 6 lat, ale dopiero 3 lata temu poczułam, że to jedno z moich miejsc. Miejsc, w których czuję się dobrze nie tylko przychodząc w grupie, ale też sama. A może przede wszystkim sama?

Bo nie łatwo jest znaleźć sobie miejsce, gdy po wielu latach przychodzi zmiana, która burzy porządek nie tylko dnia codziennego ale i weekendów, świąt, urlopów. Gdy na dobrą sprawę trzeba zacząć wiele rzeczy od nowa.

A dobrze jest mieć swój ulubiony fotel i stolik dla samotnych wypadów na kawę z książką pod pachą, czy kanapę na kilku godzinne ploty przy kawie i cieście. Bo przecież nie zawsze chce się siedzieć w domu, a fajnie jest wyjść „gdzieś”.

Jednym z moich „gdzieś” jest Coffee Station na olsztyńskiej starówce. Jasne pomieszczenia, białe ściany, zielone motywy w postaci kwiatów, ściana schowana w dżungli i obrazów z mchu. Wygodne fotele, kanapy, w których możesz się zatopić i odpłynąć po całym dniu, czy tygodniu lub naładować się kofeiną na cały dzień lub choćby jakąś jego część. Z głośników leci muzyka, słychać delikatny gwar rozmów przy innych stolikach… A wszędzie unosi się zapach kawy.

Po kilku minutach czuję, jak głowa zaczyna odpoczywać i włącza się tryb weekendowy, niezależnie od dnia tygodnia. A czas nagle jakby zwalnia. To taka trochę moja Narnia, ale nie walczę tu ze złą czarownicą, a Aslanem mimo wszystko okazuje się kawa, ciasto albo śniadanie…(albo, nie oszukujmy się, to wszystko)

Bo w Coffee Station nie tylko napijecie się pysznej kawy przygotowywanej na wiele sposobów- dripy, hemexy, cold brew, ale też tradycyjne espresso i duże latte czy cappucino. Przez te trzy lata sporo się zmieniło (u mnie też)… Ekipa wciąż doskonali swoje umiejętności baristyczne i artlatte, więc kawy nie tylko są na wysokim poziomie, jeśli chodzi o smak, ale też są zawsze pięknie podane…A pianka w cappuciono czy latte jest tak aksamitna i przytulna, że zawsze mam ochotę się nią przykryć, jak mięciutkim i cieplutkim kocem w jesienno-zimowy wieczór.

To co sprawia, że kawiarnia przyciąga do siebie ludzi, to nie tylko kawa, wnętrze, atmosfera, choć nie ukrywajmy, to już są mocne punkty. Nie można jednak zapomnieć o „dodatkach” do kawy, a w Coffee Station trochę ich znajdziecie i myślę, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

W tygodniu dostępne są ciasta, również te w wersji wegańskiej. Latem możecie zjeść pyszny sernik jagodowy, jesienią pojawia się wegańska tarta ze śliwkami, która dla mnie jest tym, co w jesieni najlepsze. Słodko kwaśna śliwka z cynamonem, lekko orzechowy spód. Gdy ją jesz, czujesz letnie promienie słońca, zapach suchych liści i lekko wilgotnej trawy oraz ziemi. Od razu wracają wspomnienia, gdy skakało się w kupki uzbieranych liści i rzucało się nimi z dzieciakami z podwórka. To taka złota polska jesień na talerzu.

Jeśli nie przepadacie za ciastami możecie zjeść wytrawną tartę, kanapki (ta z karmelizowaną cebulą wymiata), gofry (zarówno te słodkie, jak i wytrawne, również w wersji wegańskiej.

Jednak to, co mnie cieszy chyba najbardziej to śniadania, które uwielbiam. Śniadanie to dla mnie najlepszy i najbardziej uniwersalny posiłek dnia. Można zjeść na nie wszystko, a wszystko to, co może być śniadaniem może być zjedzone na każde inne danie w ciągu dnia.

Śniadania w Coffee to 4 opcje: kanapki z jajkiem w koszulce z bekonem i guacamole (Wege)- ja lubię je mieszać, bo nigdy nie potrafię się zdecydować, więc jest to genialne rozwiązanie dla osób z moim brakiem decyzyjności. Szakszuka (Wege) i oczywiście dla mięsożerców jest opcja z boczkiem. Weganie mogą napełnić swoje brzuszki zapiekanym awokado z farszem z batatów i papryki. A ostatnio w menu pojawiły się frankfurterki z sadzonym jajem i twarożkiem. Do tego jest mała kawa/herbata. Jednak gdy jesteście fanami dużych napoi- nie ma problemu, za mała dopłatą Wasz śniadaniowy zestaw powiększy się o dużą filiżankę kawy lub o sok/ lemoniadę, gdy akurat nie macie ochoty na kawę czy herbatę.


Takie śniadania są dostępne od piątku do niedzieli. Gdybyście chcieli zjeść Wasz pierwszy posiłek dnia w Coffee, to jest też wersja „dnia powszedniego”, w której są do wyboru: jajecznica, zestaw z frankfurterkami, quesadilla oraz wytrawne gofry.

Kolejnym plusem jest zmiana kubeczków na wynos na kubeczki biodegradowalne, tradycyjnych słomek na słomki makaronowe lub papierowe. A kawa na wynos we własnym kubeczku jest 20% tańsza. Jeśli macie ochotę sprawić sobie ekokubek na wynos, nie ma problemu- na miejscu można kupić bambusowe kubki. A oprócz kubków możecie też kupić na miejscu różne kawowe akcesoria i w razie wątpliwości ekipa Cofee Station doradzi Wam, co będzie dla Was najbardziej odpowiednie i jak się posługiwać profesjonalnym sprzętem do zaparzania kawy.

Zdaję sobie sprawę, że niektórzy nie rozumieją mojego przywiązania do Coffee Station- trudno. Inni szukają drugiego dna naszej „znajomości”, bo przez 3 lata miałam okazję poznać Bartka, właściciela. I tu też będzie rozczarowanie, bo drugiego dna nie ma. To co jest, to czysta sympatia do obsługi, która zawsze wie, jak się zachować. To sympatia do miejsca, gdzie spokojnie mogę przesiedzieć kilka godzin wśród „znajomych”. To taka świadomość, że idziemy do przodu przez ten cały czas, osobno a jednak tak trochę jakby razem.

Nawet dzisiaj, kończę ten wpis, siedząc w swoim ulubionym fotelu. Jest niedziela… I pada i bardzo nie chciałam siedzieć w domu sama. A takie dni są najgorsze, pierwsze dni jesieni, gdy zieleń ginie, a pojawiają się brązy i szarości. I nagle wszystko staje się cięższe i bardziej przytłaczające. Na szczęście jest kilka miejsc w Olsztynie, gdzie można zapomnieć o jesiennej słocie, otulić się grubym swetrem lub kocem i z kubkiem aromatycznej kawy, wypatrywać cieplejszych dni…

Właśnie przeczytaliście o jednym z nich.

Ps. Jeśli kiedyś zobaczycie mnie, czy w Coffee Station, czy innym miejscu, zapraszam- napijemy się razem kawy.


Artysta drzemie w każdym z nas…

A gdyby tak móc zjeść u artystów i wśród artystów? Gdyby tak móc siąść w lekko przydymionej atmosferze, wśród cegieł, ciemnego drewna, obrazów… Przy cichej muzyce, która jest, a jakby jej nie było. Gdyby na ścianach wisiały obrazy, szkice… A w piwniczce spotkać się na potajemnym spotkaniu ze znajomymi, by móc tworzyć nowe historie…By móc poczuć się jak artysta, który przyszedł odszukać swoją wenę…

Jest na olsztyńskiej starówce miejsce, które działa już 26(!) lat. Miejsce, o którym wie chyba każdy Olsztynianin, a jednak lekko zapomniane, osnute lekką tajemnicą.

Restauracja u Artystów od lat gości w swoich progach każdego, kto ma w sobie choć coś z artysty. Trafiłam tam po raz pierwszy ok. 7 lat temu. Moją uwagę przykuły liczne obrazy na ścianach, piękna cegła i to, co pojawiło się na talerzach. Czas jednak mijał, moje wspomnienia przykrył kurz tak, jak pokrywa on zapomniane obrazy. Aż do tych wakacji, gdy pewnej nocy dostałam zasyp wiadomości od mojej Przyjaciółki… Ciężko było mi je zrozumieć w środku nocy i dopiero rano, po kilkukrotnym ich przeczytaniu i telefonicznym sprostowaniu U Artystów znowu zaczęło chodzić po mojej głowie.

l tak w ostatnią letnią i ciepłą środę zapukałam do drzwi U Artystów…

Na dzień dobry dostałam piękny i szczery uśmiech Magdy i Artura, którzy opiekowali się nami przez naszą całą wizytę. A że po pracy człowiek głodny, na rozgrzewkę poprosiłam o pielmieni z mięsem wieprzowym z kruszonką z bułki tartej i masłem. W tych małych pierożkach kryje się tyle dobra, że z każdym kolejnym kęsem, każdym kolejnym pierożkiem cieszyłam się coraz bardziej, nie tylko aromatem ale i smakiem ukrytego w nich mięsa… i do tego ta kruszonka z bułki i masła. Trudno było powstrzymywać uśmiech na twarzy podczas jedzenia.

Gdy pierwszy głód został zaspokojony przede mną pojawił się talerz wypełniony tagiatelle ze szpinakiem, fasolką szparagową i fetą. Danie wydawałoby się dość proste, jednak nie każdemu udaje się dobrze doprawić szpinak tak, by wydobyć z niego to, co najsmaczniejsze. Nie mdły, nie za mało lub za bardzo słony czy pierny. Wszystko było w punkt. A feta podkreślała dodatkowo jego smak.

Nie byłabym też sobą, gdybym nie podjadała innym z talerza. Dzięki temu miałam okazję spróbować steków minutowych z sosem z zielonego pieprzu z młodymi ziemniakami i sezonową sałatką. Nie jestem fanką piernych potraw i trochę obawiałam się, że smak sosu zdominuje delikatne steki, jednak w bardzo fajny sposób podkręcił smak mięsa, które było bardzo delikatne i wręcz rozpływało się w ustach.

Na drugim talerzu, z którego skubnęłam był mus z kalafiora i młodych ziemniaków, który okazał się petardą oraz filet z kurczaka nadziewany serkiem śmietankowym z pietruszką i czarnuszką.

A na koniec, zamiast deseru spróbowałam pysznego i orzeźwiającego drinka autorstwa Artura.

Cieszy mnie bardzo to, co widziałam U Artystów nie tylko na żywo, ale też na Instagramie. Nowy kucharz, który pracuje od kwietnia, młody, pełen energii i pomysłów zespół, który „to” czuje, któremu się chce. Ducha zmian widać nie tylko po zmianach w karcie, z tego, co podpytałam wiem, że to jeszcze nie koniec, a rozgrzewka przed tym, co ma nastąpić. A zmiany, które idą mają też dotknąć samego lokalu i jego wystroju. Mam nadzieję, że dzięki tym zabiegom i staraniom U Artystów przypomni o sobie Olsztynianom, pokaże, że każdy może się u nich odnaleźć. Przyjść, usiąść, zjeść w przyjemnej i naprawdę ciepłej atmosferze, a czasem i w towarzystwie lokalnych artystów, którzy często się u nich pojawiają i wystawiają swoje obrazy, które można też zakupić.

Lubię i podziwiam zapał i chęć działania, gdy pasja łączy się z pracą, a patrząc i słysząc, jak pracownicy mówią o swoim szefie, kucharzu, miejscu pracy i klientach, jak o nich dbają to, to nie może skończyć się źle.

Czekam z niecierpliwością na zmiany, o których słyszałam… I może na trochę więcej pozycji dla wegetarian/wegan, niż dwie. Czekam. I oficjalnie obiecuję, że już nigdy nie zrobię sobie takiej przerwy od U Artystów.