Sałatka z bobem

Jakoś nigdy nie przepadałam za bobem. I przez wiele lat w ogóle go nie jadłam. Jednak w tym toku strasznie ze mną chodził. Dlatego gdy zobaczyłam go na straganie nie zawahałam. A przepis, dzięki któremu polubiłam bób jest przepisem na sałatkę z bobu i awokado od Kwestii Smaku (uwielbiam jej przepisy).
Poniżej właśnie ten przepis (z malutkimi zmianami)

Składniki:

  • szklanka ugotowanego bobu
  • ulubiona zielenina – min sałat, rukola, roszponka itp.
  • 1 dojrzałe awokado
  • 2 jajka
  • grzanki
  • tarty parmezan (wedle uznania)

Sos:

  • 3 łyżki oliwy
  • 3 łyżeczki syropu klonowego
  • 1,5 łyżki soku z cytryny
  • sól, pieprz

Bób płuczemy i wrzucamy do osolonej wrzącej wody. Gotujemy, aż stanie się miękki. Gdy będzie już miękki odcedzamy i zalewamy zimną wodą, a po ostygnięciu obieramy. Awokado obieramy i kroimy w kostkę. Sałatę płuczemy i dzielimy na mniejsze kawałki. Mieszamy ją z połową winegretu i nakładamy na talerze. Dodajemy awokado i bób, doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Przygotowujemy grzanki i posypujemy nimi sałatki. Jajka gotujemy na twardo lub w koszulkach i układamy na sałacie. Na koniec, całość posypujemy parmezanem i polewamy resztą sosu.

Restaurant Week – Restauracja u Artystów

W niedzielę zakończyła się kolejna edycja Restaurant Week Polska. Swoją ostatnią kolację postanowiłam zjeść w Restauracji u Artystów. Cieszyłam się na nią bardzo, bo od samego początku miałam upatrzone dwie pozycje w menu…

Na przystawkę – kaszanka 2.0.

Na dzień dobry na stole pojawił się hummus w trzech smakach (tradycyjnym, paprykowym i buraczkowym) z domowym, pulchniutkim chlebem. Lekko, miło i przyjemnie, chociaż przyznaję, że hummus jem z warzywami i w takim wydaniu najbardziej mi smakuje, a podanie z chlebem lekko mnie zaskoczyło. Hummus zniknął dość szybko, a po drugiej stronie stołu usłyszałam krótkie – „Dobre, szkoda, że nie było więcej. Czekam na resztę.”

Następnie pojawiła się ona – kaszanka. W dodatku zapiekana z kozim serem na pumperniklu i z sosem z moreli. Było to jedno z dwóch dań, na które bardzo czekałam wybierając się do Artystów. Połączenie kaszanki, którą zazwyczaj podaje się z cebulką czy duszonym jabłkiem, z kozim serem było bardzo dobrym pomysłem Szefowej Kuchni. W takiej odsłonie, kaszanka otrzymała nową twarz, bardziej wytrawną i elegancką, niż dotychczas. A mi, fance koziego sera, serce rosło z każdym kawałkiem, który trafiał do ust.

Danie główne – vege BOOM!

Propozycja dań głównych to wegeburger z domową brioszką. Zamiast mięsa w bułce znalazł się sezonowy bób i pokrzywa oraz mięta. Do tego jajko sadzone – kocham je, szparagi oraz konfitura z pomidorów. Całość dopełniły frytki z pieczonych warzyw korzennych. Była to naprawdę bardzo fajna opcja dla nie mięsożerców czy też osób, które za mięsem po prostu nie przepadają. To, co urzekło mnie w tym daniu najbardziej, to wykorzystanie obecnego sezonu warzywnego, który właśnie wchodzi w swój szczyt. Połączenie bobu z miętą oraz pokrzywą, tak często ignorowaną w kuchni, z jajkiem oraz szparagami, to prawdziwe wiosenno – letnie „boom” dla kubków smakowych…

Drugim głównym daniem była glazurowana noga kaczki z żurawiną, gołąbkiem leśnym z pęczakiem i kremową botwinką. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę było efektowne podanie. A kwiat nasturcji był przysłowiową kropką nad „i”. Co do smaku – kaczka smaczna, choć osobiście wolę, gdy jest bardziej soczysta. Botwinka kremowa, delikatna, może ciut za bardzo delikatna w smaku. Brakowało mi większego akcentu żurawiny, bo bardzo ją lubię, jako dodatek do mięs. Nie małym zaskoczeniem był dla mnie gołąbek. Idealnie przygotowany pęczak z kremowym sosem grzybowym – i nawet gdybym dostała sam pęczak w takim wydaniu, zjadłabym bez gadania i jeszcze mlaskała z zachwytu.

A na deser – trochę śmieszno, trochę straszno

Deser był drugą rzeczą, na którą tak bardzo czekałam idąc do Artystów. Wiedziałam,
że go nie oddam. Dlatego pucharek, a raczej puchar z eton mess oddałam, ale oczywiście też spróbowałam. Bo deserów tak łatwo nie oddaję. Sos z truskawek, pokruszona beza, krem i ziemia czekoladowa. Eton mess to deser bałagan, chociaż taki bałagan to nic innego, jak prawdziwy artystyczny nieład uzupełniających się smaków.

I przyszedł czas na sernik… Kremowy z ciepłymi malinami i prażonymi płatkami migdałowymi. Gdy zobaczyłam go w menu, wiedziałam, że musi być mój. Bo chociaż sernikowa nie jestem, sernik od Artystów uwielbiam. I tu, niestety, zaczyna się mój koszmar albo tragikomedia. Sernik miał być zwieńczeniem kolacji. Niestety, rozczarowanie czy też zawód był równie duży jak moja radość na myśl o nim. I nie chodzi tutaj o smak, czy konsystencję. Nie. Ten kremowy sernik u Artystów, to moim zdaniem, jeden z najlepszych serników, jakie można zjeść w Olsztynie. Idealnie kremowy, na kruchym maślanym spodzie. Mistrzostwo. Jeśli kiedyś zawitacie na Kołłątaja 20 i zobaczycie w karcie kremowy/ nowojorski (bo czasami skrywa się i pod taką nazwą) sernik – zamawiajcie. Skąd więc mój zawód? Z porcji. Była ona tak mała, że nie zdążyłam na dobre poczuć smaku, a sernika już nie było.

Nie wiem, czy tylko ja miałam takiego pecha – szczerze, mam nadzieję, i to ogromną, że tak. Że to ja trafiłam na tak skromny kawałek podczas całego Festiwalu. Nie wyobrażam sobie rozczarowania osoby, która pierwszy raz wybrała się od Artystów skuszona naprawdę ciekawymi i smacznymi propozycjami menu na Restaurant Week. I szczerze wierzę, że była to jednorazowa wpadka podczas Festiwalu. A że trafiła na mnie? Cóż…O dawna wiem, że w życiu nie zawsze można mieć wszystko…Ale chociaż szwy w moich letnich spodenkach odetchnęły z ulgą.

Podsumowując – Artyści przygotowali naprawdę ciekawe menu. Zarówno mięsne jak i wege. Dania były naprawdę bardzo ciekawe, do tego ładnie podane, i co najważniejsze smaczne. Mam nadzieję, że Ich przygoda z Restaurant Week dopiero się zaczyna, bo potencjał jest bardzo duży i warto to wykorzystać .

Restaurant Week – Restauracja BonoBo – sztuka weganizmu w trzech aktach

Swoją drugą kolację jako ambasadorka Restaurant Week zaplanowałam w wegańskiej restauracji – Bo No Bo Vegan. Jej wyjątkowa lokalizacja – budynek Teatru Jaracza, to zapowiedź gry smaków, doskonałych aktorów i jeszcze lepszej reżyserii w kuchni.

Trzy dzwonki w teatrze to sygnał, że za chwilę na scenie pojawią się aktorzy i rozpocznie się magia. Wymyślne kreacje, niesamowita scenografia. Cisza, ciemność i za chwilę się zacznie. Napięcie rośnie, publika milknie a napięcie sięga zenitu i wszyscy z wielką niecierpliwością wyczekują pierwszego aktora.

Podczas wczorajszej kolacji dzwonkami były Coca-Cola oraz zmrożone, idealne na upalne dni Martini Fiero i Kinley…

Akt pierwszy -przystawki

Jako pierwsze na stole pojawiły się czosnkowy pudding chipa podawany z kawiorem miętowym oraz zielonym ajwarem oraz zapiekanka buraczana podawana z salsą botwinkową i sosem musztardowo – klonowym.

Sztukę pt. „Restaurant Week” rozpoczęłam od zapiekanki buraczanej. Pięknie podana, ciekawe połączenie smaków z salsą botwinkową, która była tak smaczna i orzeźwiająca, że podjadałam ją bez buraka. Jednak smak przystawki – idealny kęs- czyli odrobina każdej składowej potrawy, to było to. Lekka, orzeźwiająca i z delikatnym twistem, pokazująca, że burak to nie tylko tradycyjne buraczki czy ciepła zasmażka do niedzielnego kotleta.

Przyznaję, że czosnkowy pudding chia strasznie mnie ciekawił, byłam wręcz podekscytowana, że będę miała okazję zjeść coś tak niebanalnego. Mi, i zapewne większości z Was, chia kojarzy się z deserami a nie wytrawnymi daniami. Niestety. Okazało się, że to kompletnie nie moje smaki (ciut zupa ogórkowa), a i konsystencja w tym przypadku też nie pomagała. Pudding okazał się, niestety, rozczarowaniem.

Akt drugi – dania główne

Gdy emocje po przystawkach opadły, przyszedł czas na konkrety. I tu akcja się rozkręciła.

Pierwszoplanową rolę zagrała bezmięsna roladka klopsików w kruchym cieście, podawana z pieczonymi młodymi ziemniaczkami, sosem gravy i kiszonym rzodkiewkami.

Aromatyczna roladka, zamknięta w sakiewce z kruchego ciasta idealnie łączyła się aksamitnym, a jednocześnie ciężkim sosem gravy, który dodatkowo był otoczony szczypiorkową oliwą, którą Bo No Bo robią sami. Delikatne, kruche i kiszone rzodkiewki. Jeśli sądzicie, że kuchnia wegańska jest nudna, mdła, czy nie jest w stanie spełnić warunków typowego, polskiego obiadu, to… To właśnie to danie powinien zjeść każdy, kto ma takie wątpliwości. Nie jestem już w stanie wyobrazić obie lepiej odegranej roli wegańskiego obiadu, który śmiało mógłby być pomylony z tradycyjnym posiłkiem. Moje podniebienie skradły nawet kiszone rzodkiewki, a z kiszonek akceptują jedynie ogórki i kapustę… Ale chyba przekonam się do kiszonej rzodkiewki, jak do komedii z Adamem Sandlerem.

Dobrze wiecie, że nie ma dobrej sztuki bez bohaterów, którzy się uzupełniają i trzymają równy poziom, chociaż są zupełnie inni. Tak właśnie było z drugim głównym daniem – czarnymi gnocchi podanymi z pure pietruszkowym, pieczoną marchwią i fasolą mung. Gnocchi mięciutkie niczym pianki marshmellow. Pietruszkowe pure, kremowe idealnie komponowało się z pstrykającym w buzi groszkiem i fasolą mun. Do tego grillowana marchew, która dzięki swojej fakturze była miłą odmianą na miękkich gnocchi i pure. Lekkie, proste danie z efektem wow, niczym rola Jennifer Aniston w Millerach.

Akt trzeci – desery

Rozbawiona aktem drugim nie mogłam doczekać się zakończenia, które już z opisu zapowiadało niesamowite przeżycia nie tylko wizualne ale i smakowe. Dodatkowe napięcie zbudował fakt, że desery podał nam sam Szef. Radek Lewandowski, bo o nim mowa, znany jest z doskonałych deserów, więc moje oczekiwania były podwójne.

Gdy talerze dotknęły blatu Szef zaczął narrację najpierw na temat kremowego ganach podawanego z ciasteczkiem shortbread, krą bezową, sosem malinowym i kawiorem hibiskusowym. Niczym mistrz suspensu wprowadzał nas w tajniki i składniki deserów, których już sam widok przyspieszał nam tętno. Po chwili przyszła pora na słowo wstępu do kremu czekoladowego podawanego z ziemią migdałowo-kakaową, sosem czekoladowym i temperowaną ciemną czekoladą.

Delikatna beza, słodkawy krem przełamany kwaskowatym sosem malinowym i kawiorem hibiskusowym i do tego „maślane”, idealnie kruchy shortbread, który niczym, naprawdę niczym nie odstępował od swojego niewegańskiego oryginału.

Deser z drugiego menu to prawdziwa gratka dla fanów czekolady. Było w nim wszystko, aksamitny sos, delikatny krem, chrupiąca ziemia migdałowo-kakaowa i temperowana czekolada, która wydawała przepiękny dźwięk przy łamaniu się. Jednak wszystko było tak dopracowane, że nie czuło się przesytu czekolady, a wręcz przeciwnie. Nie miało się jej dość. Kocham czekoladę, podobno gdy jadłam to było widać szczęście na mojej twarzy, a ja czułam jak łzy napływają mi do oczu. Wyskrobałam talerze prawie do czysta. Gdyby nie to, że w lokalu byli inni goście, to albo wylizałabym talerz albo resztki czekolady zbierałabym palcem.

To, co przygotowało Bo No Bo na swoją festiwalową premierę można śmiało nazwać bardzo udanym debiutem. Wykorzystanie prostych, często lokalnych produktów, połączenie ich w nietuzinkową całość dało naprawdę niesamowity efekt. Co więcej, przygotowanie wegańskich dań, które potrafią zachwycić mięsożerców jest naprawdę nie lada sztuką.

Woda w jedzeniu. Czyli ile wody pochłania to, co jemy.

Dziś o jedzeniu ale w innym wydaniu. Każdy z nas je to, na co ma ochotę i rzadko zastanawia się, jaki ma to wpływ na nasze środowisko. Nie chodzi tu tylko o zaśmiecanie otaczającego nas świata, czy to poprzez plastikowe woreczki, czy brak odpowiedniej segregacji śmieci. Mało kto z nas zastanawia się nad tym, jak to, co jemy wpływa na zużycie wody.

Każdy z nas wie, że należy zakręcać wodę w kranie, nastawiać pranie, gdy uzbiera nam się cała pralka, lepiej używać zmywarki, niż zmywać naczynia ręcznie. Długą kąpiel w wannie lepiej zastąpić szybkim prysznicem, rozmrażać jedzenie poprzez wcześniejsze wyjęcie go z zamrażarki itp. Instalować ekonomiczne baterie zlewozmywakowe, oszczędnie spłukiwać wodę oraz dbać o szczelność kranów. Zbierać deszczówkę do podlewania roślin.

Wszystko wydaje się łatwe i w miarę nieskomplikowane. Problem pojawia się, gdy przejdziemy do jedzenia i ilości wody, która jest potrzebna do jego wyhodowania.

Ślad wodny – co to takiego?

Zwolennicy wegetarianizmu, jak i weganizmu podnoszą głos, że jedzenie mięsa, a tym samym jego hodowla powoduje ogromne zniszczenia dla środowiska. Chodzi tu nie tylko o emisję gazów cieplarnianych, które są produkowane ze zwierzęcych odchodów. Coraz częściej, choć nie tak często jak o śladzie węglowym, słyszymy o tajemniczym śladzie wodnym.

Czym on jest? To suma pośredniego i bezpośredniego zużycia wody przez konsumenta. Mówi się o nim w kontekście produktów, do których powstania potrzebna jest woda. Pośrednie zużycie wody to ilość wody, która została użyta do produkcji danego produktu- zarówno roślinnego, jak i mięsnego.

Przewiduje się, że w 2050 roku na ziemi żyć będzie do 9 miliardów ludzi i już teraz wiadomo, że jeśli nie zmienimy naszych nawyków żywieniowych oraz podejścia do tematu oszczędzania wody, nie wystarczy jej by wyprodukować żywności dla przewidywanej liczby ludności.

Co my możemy zrobić? Możemy robić mało, a jednocześnie bardzo dużo. Podstawą naszych działań powinna być świadomość tego, ile zużywa się wody np. do produkcji soku czy mięsa.

Ile wody ma w sobie mój hamburger a ile guacamole?

Do produkcji 1 kg wołowiny potrzeba 14.500 litrów wody. Kilogram wieprzowiny to 5.990 litrów wody. Drób, który tak lubimy jeść i swojego czasu zalecany był ze względów zdrowotnych, nie jest mniej oszczędny, bo do 1 kilograma zużywane jest 4.330 litrów wody.

Ale żeby nie było, że jedynie produkcja mięsa oraz hodowla zwierząt pochłania ogromne ilości wody… Czy wiecie, że do produkcji zaledwie 1 filiżanki kawy potrzebne jest 140 litrów wody? Herbaty – 30 litrów. Wbrew pozorom, wyprodukowanie produktów pochodzenia roślinnego czy ze zbóż, również pochłania dużo wody. Produkcja kilograma ziemniaków wymaga 290 litrów wody – a nasze ukochane chipsy? Ich kilogram to aż 1.040 litrów wody(!). Wodny koszt kapusty to 280 litrów, sałaty 240 litrów, dużego pomidora – „tylko” 50. Jednak już produkcja kilograma ketchupu i przecieru pomidorowego to ponad 700 litrów wody. Do przygotowania bochenka chleba potrzebujemy 462 litrów, kilogram ziaren pszenicy pochłania 1.000 litrów, a ryżu prawie 3.000. Jedno jajo to inwestycja 200 litrów.

Jestem pewna, że każdy z Was minimum raz jadł awokado. Sama uwielbiam guacamole, jednak przyznaję, mam co do niego mieszane uczucia i to bardziej, niż do mięsa. Dlaczego? Bo do wyprodukowania jego kilograma zużywane jest 600 litrów wody. Tylko do samej produkcji. A ile wody pochłania jego zapakowanie oraz transport? Jego droga z miejsca uprawy do naszych domów to ogromny, jak na produkt wege, ślad węglowy. Awokado, choć zdrowe dla nas, nie jest do końca zdrowe dla środowiska. Dlatego zawsze, gdy słyszę głosy przeciwników diety mięsnej, podaję im przykład awokado. Skoro chcemy dbać o środowisko, musimy być dalekowzroczni, bo czasami, jak w przypadku uprawy awokado, istnieje drugie dno- pomijając koszta i wpływ jego transportu na środowisko. Nie mówi się głośno o tym, że pod awokado wycinane są lasy w m.in. Meksyku. I są to naprawdę olbrzymie ilości leśnych hektarów (podobno sady awokado w Michoacan zajmują powierzchnię ok. trzech Warszaw). Więc czy awokado jest dużo lepsze od steka czy hamburgera?

Chcąc być odpowiedzialnym konsumentem…

Powinniśmy zastanowić się, ile zrobionych kaw i herbat w ciągu dnia nie dopijamy i wylewamy. Jakie produktu kupujemy i które najczęściej wyrzucamy. Czy naprawdę musimy codziennie jeść mięso, awokado czy inne owoce i warzywa, które nie są na co dzień dostępne na naszych terenach. Zwracajmy uwagę w sklepie na to, jaki numer mają jajka, które kupujemy, by nie pochodziły one od kur z chowu klatkowego.

Nie powiem Wam, byście zrezygnowali z mięsa, chipsów i awokado- sama uwielbiam te rzeczy. Jednak ograniczyłam, czy też staram się ograniczać ich spożywanie. Kupując owoce i warzywa, wybieram te, które mają dużo wody w swoim składzie (ogórki, sałata, pomidory, truskawki) – dzięki temu dostarczam organizmowi nie tylko potrzebne witaminy i minerały, ale też i wodę. Dzięki temu dbam o odpowiednie nawodnienie. Kupując produkty lokalne oszczędzam wodę i ślad węglowy, który powstałby i powstaje przy zakupie rzeczy, które trzeba eksportować. Staram się żyć zgodnie z ideami less i zero waste- szanuję jedzenie, staram się je wykorzystywać tak, by nie wyrzucać lub wyrzucać jak najmniej. Nie zawsze się to udaje, ale cały czas się uczę, dzięki czemu kontroluję zużycie wody w kuchni.

A jak zmniejszyć zużycie wody w kuchni?

O ile bardzo dużo mówi się o oszczędności wody w łazienkach, o tyle ten temat w kuchni wciąż raczkuje (nie mam tu na myśli przejścia ze zmywania ręcznego na zmywarkę). Co możemy zrobić, by zredukować zużycie wody w kuchni? Jest kilka sposobów, aby woda w kuchni była wykorzystywana kilka razy bez efektu „fuj”:

  1. Jeśli nie solicie wody do gotowania ziemniaków – nie wylewajcie jej. Doskonale się sprawdzi, jako płukanka do włosów (dzięki minerałom, które znajdują się w ziemniakach), czy do obmycia ciała, sprzątania albo do podlania kwiatów.
  2. Makaron do rosołu, czy też innej zupy, nie musi być gotowany w oddzielnym garnku. Wystarczy wrzucić go kilka min przed zakończeniem gotowania i gotowe.
  3. Jeśli już gotujecie oddzielnie makaron, wykorzystajcie tę wodę do włoskich sosów. Jest ona słona i ma w sobie gluten, a to doskonale wpływa na gęstość i aksamitność sosów.
  4. Wodę po ugotowanej kaszy jęczmiennej wykorzystajcie jako bazę do lemoniady. Nie tylko pomoże ona w trawieniu ale też nawodni organizm i obniży poziom złego cholesterolu.
  5. Starajcie się gotować jednogarnkowe potrawy.
  6. Dbajcie o niemarnowanie jedzenia- szanujmy je. Jeśli kupujemy całe kurczak, ryby, itp., czy większe kawałki mięsa a także warzyw, starajmy się wykorzystać wszystkie jego elementy- czy to na wywar, czy do samego dania. Szanujmy i doceńmy zarówno pracę hodowcy, jak i zwierzęcia, którego życie zostało poświęcone, byśmy my mogli żyć.

Woda to…

Dla jednych H2O, dla innych jest to wspólne dobro, o które starają się dbać, bo widzą, co dzieje się z klimatem, ile wody zużywamy na co dzień, jak bardzo wyczerpujemy jej limity. Są świadomi tego, ile jej zawdzięczamy. Dla innych woda to produkt. Towar rynkowy, na którym chcą i już zarabiają i planują zarabiać jeszcze więcej, bo każdy z nas jej potrzebuje.

Woda w jednym słowie to ŻYCIE. Co więcej, życie nie tylko nasze. Dlatego dbajmy o nią, szanujmy, oszczędzajmy. Nie bądźmy egoistami, bo nie jesteśmy na świecie sami… A po nas będą inni – pamiętajmy o tym.

#kontrolujzuŻycie

Post powstał w ramach kampanii społecznej Kontroluj zuŻycie.