Restaurant Week – Restauracja u Artystów

W niedzielę zakończyła się kolejna edycja Restaurant Week Polska. Swoją ostatnią kolację postanowiłam zjeść w Restauracji u Artystów. Cieszyłam się na nią bardzo, bo od samego początku miałam upatrzone dwie pozycje w menu…

Na przystawkę – kaszanka 2.0.

Na dzień dobry na stole pojawił się hummus w trzech smakach (tradycyjnym, paprykowym i buraczkowym) z domowym, pulchniutkim chlebem. Lekko, miło i przyjemnie, chociaż przyznaję, że hummus jem z warzywami i w takim wydaniu najbardziej mi smakuje, a podanie z chlebem lekko mnie zaskoczyło. Hummus zniknął dość szybko, a po drugiej stronie stołu usłyszałam krótkie – „Dobre, szkoda, że nie było więcej. Czekam na resztę.”

Następnie pojawiła się ona – kaszanka. W dodatku zapiekana z kozim serem na pumperniklu i z sosem z moreli. Było to jedno z dwóch dań, na które bardzo czekałam wybierając się do Artystów. Połączenie kaszanki, którą zazwyczaj podaje się z cebulką czy duszonym jabłkiem, z kozim serem było bardzo dobrym pomysłem Szefowej Kuchni. W takiej odsłonie, kaszanka otrzymała nową twarz, bardziej wytrawną i elegancką, niż dotychczas. A mi, fance koziego sera, serce rosło z każdym kawałkiem, który trafiał do ust.

Danie główne – vege BOOM!

Propozycja dań głównych to wegeburger z domową brioszką. Zamiast mięsa w bułce znalazł się sezonowy bób i pokrzywa oraz mięta. Do tego jajko sadzone – kocham je, szparagi oraz konfitura z pomidorów. Całość dopełniły frytki z pieczonych warzyw korzennych. Była to naprawdę bardzo fajna opcja dla nie mięsożerców czy też osób, które za mięsem po prostu nie przepadają. To, co urzekło mnie w tym daniu najbardziej, to wykorzystanie obecnego sezonu warzywnego, który właśnie wchodzi w swój szczyt. Połączenie bobu z miętą oraz pokrzywą, tak często ignorowaną w kuchni, z jajkiem oraz szparagami, to prawdziwe wiosenno – letnie „boom” dla kubków smakowych…

Drugim głównym daniem była glazurowana noga kaczki z żurawiną, gołąbkiem leśnym z pęczakiem i kremową botwinką. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę było efektowne podanie. A kwiat nasturcji był przysłowiową kropką nad „i”. Co do smaku – kaczka smaczna, choć osobiście wolę, gdy jest bardziej soczysta. Botwinka kremowa, delikatna, może ciut za bardzo delikatna w smaku. Brakowało mi większego akcentu żurawiny, bo bardzo ją lubię, jako dodatek do mięs. Nie małym zaskoczeniem był dla mnie gołąbek. Idealnie przygotowany pęczak z kremowym sosem grzybowym – i nawet gdybym dostała sam pęczak w takim wydaniu, zjadłabym bez gadania i jeszcze mlaskała z zachwytu.

A na deser – trochę śmieszno, trochę straszno

Deser był drugą rzeczą, na którą tak bardzo czekałam idąc do Artystów. Wiedziałam,
że go nie oddam. Dlatego pucharek, a raczej puchar z eton mess oddałam, ale oczywiście też spróbowałam. Bo deserów tak łatwo nie oddaję. Sos z truskawek, pokruszona beza, krem i ziemia czekoladowa. Eton mess to deser bałagan, chociaż taki bałagan to nic innego, jak prawdziwy artystyczny nieład uzupełniających się smaków.

I przyszedł czas na sernik… Kremowy z ciepłymi malinami i prażonymi płatkami migdałowymi. Gdy zobaczyłam go w menu, wiedziałam, że musi być mój. Bo chociaż sernikowa nie jestem, sernik od Artystów uwielbiam. I tu, niestety, zaczyna się mój koszmar albo tragikomedia. Sernik miał być zwieńczeniem kolacji. Niestety, rozczarowanie czy też zawód był równie duży jak moja radość na myśl o nim. I nie chodzi tutaj o smak, czy konsystencję. Nie. Ten kremowy sernik u Artystów, to moim zdaniem, jeden z najlepszych serników, jakie można zjeść w Olsztynie. Idealnie kremowy, na kruchym maślanym spodzie. Mistrzostwo. Jeśli kiedyś zawitacie na Kołłątaja 20 i zobaczycie w karcie kremowy/ nowojorski (bo czasami skrywa się i pod taką nazwą) sernik – zamawiajcie. Skąd więc mój zawód? Z porcji. Była ona tak mała, że nie zdążyłam na dobre poczuć smaku, a sernika już nie było.

Nie wiem, czy tylko ja miałam takiego pecha – szczerze, mam nadzieję, i to ogromną, że tak. Że to ja trafiłam na tak skromny kawałek podczas całego Festiwalu. Nie wyobrażam sobie rozczarowania osoby, która pierwszy raz wybrała się od Artystów skuszona naprawdę ciekawymi i smacznymi propozycjami menu na Restaurant Week. I szczerze wierzę, że była to jednorazowa wpadka podczas Festiwalu. A że trafiła na mnie? Cóż…O dawna wiem, że w życiu nie zawsze można mieć wszystko…Ale chociaż szwy w moich letnich spodenkach odetchnęły z ulgą.

Podsumowując – Artyści przygotowali naprawdę ciekawe menu. Zarówno mięsne jak i wege. Dania były naprawdę bardzo ciekawe, do tego ładnie podane, i co najważniejsze smaczne. Mam nadzieję, że Ich przygoda z Restaurant Week dopiero się zaczyna, bo potencjał jest bardzo duży i warto to wykorzystać .

Restaurant Week – Restauracja BonoBo – sztuka weganizmu w trzech aktach

Swoją drugą kolację jako ambasadorka Restaurant Week zaplanowałam w wegańskiej restauracji – Bo No Bo Vegan. Jej wyjątkowa lokalizacja – budynek Teatru Jaracza, to zapowiedź gry smaków, doskonałych aktorów i jeszcze lepszej reżyserii w kuchni.

Trzy dzwonki w teatrze to sygnał, że za chwilę na scenie pojawią się aktorzy i rozpocznie się magia. Wymyślne kreacje, niesamowita scenografia. Cisza, ciemność i za chwilę się zacznie. Napięcie rośnie, publika milknie a napięcie sięga zenitu i wszyscy z wielką niecierpliwością wyczekują pierwszego aktora.

Podczas wczorajszej kolacji dzwonkami były Coca-Cola oraz zmrożone, idealne na upalne dni Martini Fiero i Kinley…

Akt pierwszy -przystawki

Jako pierwsze na stole pojawiły się czosnkowy pudding chipa podawany z kawiorem miętowym oraz zielonym ajwarem oraz zapiekanka buraczana podawana z salsą botwinkową i sosem musztardowo – klonowym.

Sztukę pt. „Restaurant Week” rozpoczęłam od zapiekanki buraczanej. Pięknie podana, ciekawe połączenie smaków z salsą botwinkową, która była tak smaczna i orzeźwiająca, że podjadałam ją bez buraka. Jednak smak przystawki – idealny kęs- czyli odrobina każdej składowej potrawy, to było to. Lekka, orzeźwiająca i z delikatnym twistem, pokazująca, że burak to nie tylko tradycyjne buraczki czy ciepła zasmażka do niedzielnego kotleta.

Przyznaję, że czosnkowy pudding chia strasznie mnie ciekawił, byłam wręcz podekscytowana, że będę miała okazję zjeść coś tak niebanalnego. Mi, i zapewne większości z Was, chia kojarzy się z deserami a nie wytrawnymi daniami. Niestety. Okazało się, że to kompletnie nie moje smaki (ciut zupa ogórkowa), a i konsystencja w tym przypadku też nie pomagała. Pudding okazał się, niestety, rozczarowaniem.

Akt drugi – dania główne

Gdy emocje po przystawkach opadły, przyszedł czas na konkrety. I tu akcja się rozkręciła.

Pierwszoplanową rolę zagrała bezmięsna roladka klopsików w kruchym cieście, podawana z pieczonymi młodymi ziemniaczkami, sosem gravy i kiszonym rzodkiewkami.

Aromatyczna roladka, zamknięta w sakiewce z kruchego ciasta idealnie łączyła się aksamitnym, a jednocześnie ciężkim sosem gravy, który dodatkowo był otoczony szczypiorkową oliwą, którą Bo No Bo robią sami. Delikatne, kruche i kiszone rzodkiewki. Jeśli sądzicie, że kuchnia wegańska jest nudna, mdła, czy nie jest w stanie spełnić warunków typowego, polskiego obiadu, to… To właśnie to danie powinien zjeść każdy, kto ma takie wątpliwości. Nie jestem już w stanie wyobrazić obie lepiej odegranej roli wegańskiego obiadu, który śmiało mógłby być pomylony z tradycyjnym posiłkiem. Moje podniebienie skradły nawet kiszone rzodkiewki, a z kiszonek akceptują jedynie ogórki i kapustę… Ale chyba przekonam się do kiszonej rzodkiewki, jak do komedii z Adamem Sandlerem.

Dobrze wiecie, że nie ma dobrej sztuki bez bohaterów, którzy się uzupełniają i trzymają równy poziom, chociaż są zupełnie inni. Tak właśnie było z drugim głównym daniem – czarnymi gnocchi podanymi z pure pietruszkowym, pieczoną marchwią i fasolą mung. Gnocchi mięciutkie niczym pianki marshmellow. Pietruszkowe pure, kremowe idealnie komponowało się z pstrykającym w buzi groszkiem i fasolą mun. Do tego grillowana marchew, która dzięki swojej fakturze była miłą odmianą na miękkich gnocchi i pure. Lekkie, proste danie z efektem wow, niczym rola Jennifer Aniston w Millerach.

Akt trzeci – desery

Rozbawiona aktem drugim nie mogłam doczekać się zakończenia, które już z opisu zapowiadało niesamowite przeżycia nie tylko wizualne ale i smakowe. Dodatkowe napięcie zbudował fakt, że desery podał nam sam Szef. Radek Lewandowski, bo o nim mowa, znany jest z doskonałych deserów, więc moje oczekiwania były podwójne.

Gdy talerze dotknęły blatu Szef zaczął narrację najpierw na temat kremowego ganach podawanego z ciasteczkiem shortbread, krą bezową, sosem malinowym i kawiorem hibiskusowym. Niczym mistrz suspensu wprowadzał nas w tajniki i składniki deserów, których już sam widok przyspieszał nam tętno. Po chwili przyszła pora na słowo wstępu do kremu czekoladowego podawanego z ziemią migdałowo-kakaową, sosem czekoladowym i temperowaną ciemną czekoladą.

Delikatna beza, słodkawy krem przełamany kwaskowatym sosem malinowym i kawiorem hibiskusowym i do tego „maślane”, idealnie kruchy shortbread, który niczym, naprawdę niczym nie odstępował od swojego niewegańskiego oryginału.

Deser z drugiego menu to prawdziwa gratka dla fanów czekolady. Było w nim wszystko, aksamitny sos, delikatny krem, chrupiąca ziemia migdałowo-kakaowa i temperowana czekolada, która wydawała przepiękny dźwięk przy łamaniu się. Jednak wszystko było tak dopracowane, że nie czuło się przesytu czekolady, a wręcz przeciwnie. Nie miało się jej dość. Kocham czekoladę, podobno gdy jadłam to było widać szczęście na mojej twarzy, a ja czułam jak łzy napływają mi do oczu. Wyskrobałam talerze prawie do czysta. Gdyby nie to, że w lokalu byli inni goście, to albo wylizałabym talerz albo resztki czekolady zbierałabym palcem.

To, co przygotowało Bo No Bo na swoją festiwalową premierę można śmiało nazwać bardzo udanym debiutem. Wykorzystanie prostych, często lokalnych produktów, połączenie ich w nietuzinkową całość dało naprawdę niesamowity efekt. Co więcej, przygotowanie wegańskich dań, które potrafią zachwycić mięsożerców jest naprawdę nie lada sztuką.

Restaurant Week – Restauracja Gardenia- ukryty „ogród” w centrum miasta

Restaurant Week – festiwal jedzenia, festiwal restauracji, festiwal nas- foodies, wielbicieli dobrego jedzenia, niebanalnego połączenia faktur i smaków. Dla restauracji to szansa na pokazanie się z innej strony niż codzienne menu, szansa na przysłowiowe wyjście z szafy, a dla nas – gości, szansa na spróbowanie degustacyjnego menu oraz zmrożonej Coca – Coli czy Martini, bo o dobrym towarzystwie przy stole nie muszę wspominać. Od kilku edycji Restaurant Week’i charakteryzowała idea szanuj i kochaj jedzenie. W tej edycji, oprócz tych dwóch, jakże bardzo ważnych w dzisiejszych czasach haseł, dołączyło hasło „Wiwat!”. Wiwat My, Rodzina, Przyjaciele, Jedzenie, Kolacje…Restauracje. W skrócie wszystko to, co ostatnimi dniami zostało nam w pewien sposób nie tyle odebrane, co w dużej mierze ograniczone.

Gdy tylko zobaczyłam „reaktywację” tej edycji miałam swoją listę „must have”, na której znalazła się Restauracja, od której przyszło mi rozpocząć Festiwal. Nie będę kłamać, mimo bardzo ciekawych menu, w których znaleźć można sezonowe produkty, a także ukłon w stronę tradycyjnej kuchni, szłam na kolację lekko zdystansowana i z mocną rezerwą. Wiem, że Restauracja Gardenia przy Hotelu Villa Pallas to nie top kierunek wśród propozycji na Warmii i Mazurach. Jednak Ci, którzy mieli okazję mnie poznać wiedzą, że lubię robić rzeczy po swojemu, czasami pod prąd… Ale zawsze to, co robię, jest moje. Ale do rzeczy, a w tym wypadku… do jedzenia.

Menu A, to opcja dla mięsożerców, a w nim:

  1. Krem z zielonych warzyw z prażonymi migdałam

To co mnie zaskoczyło, to duża porcja jak na przystawkę. Głęboki talerz wypełniony po brzegi gęstym, aromatycznym i pięknie zielonym kremem. Do tego prażone migdały… Sycący, delikatny i wywarzony w smaku… I bardzo żałowałam, że krem powędrował prawie w całości do Asi , z którą miałam przyjemność zjeść kolacją. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała od niej łyżki zupy… No dobrze, zjadłam więcej, niż łyżkę i wracając na swoje miejsce oblizywałam ją z uśmiechem na twarzy.

2. Udo z kaczki, sos żurawinowo – wiśniowy, gnocchi i karmelizowane buraki

Siadając do stołu omawiałyśmy każde danie i ustaliłyśmy, że kaczka będzie Asi. Ale oczy zaświeciły się nam obu, gdy drugie danie zostało podane. Udo było przygotowane idealnie. Nie raz miałam przyjemność jeść kaczkę, a ta była jedną z lepszych, które miałam okazję spróbować. Delikatne, soczyste mięso, które tak cudownie odchodziło od kości rozpływało się w ustach zaraz po tym, jak do nich trafiało. Dodatkowo sos żurawinowo – wiśniowy, który podbijał jej smak. Uwielbiam takie połączenia. A co do kaczki? Oczywiście buraczki. Te delikatnie skameralizowane i słodkie. Całość dopełniały mięciutkie gnocchi skryte w chrupiącej skorupce po podsmażeniu na maśle…

Menu B, to propozycja dla tych, którzy za mięsem nie przepadają, czyli:

Chłodnik z botwinki i jajko

NIe jestem fanką chłodników. Mam z nimi zawsze problem, dlatego poczułam lekki strach, że i tym razem będzie podobnie i odsunę talerz po kilku łyżkach, a porcja, tak samo jak w przypadku kremu z warzyw była naprawdę duża. Tak się nie stało. Ten chłodnik to strzał w dziesiątkę na zakończenie upalnego dnia. Gęsty, z dużą ilością botwinki i dobrze doprawiony, bez częstej kwaskowatości. Piękny różowy kolor, do tego jajko i koperek. Kwintesencja lata i sezonowości w polskiej kuchni.

2. Tagliatelle z kozim serem, czosnkiem, chilli, szalotką i szpinakiem.

Przyznaję, na to danie czekałam. To ono zadecydowało o moim wyborze, by sprawdzić Gardenię. Kocham kozi ser. A w połączeniu z makaronem i szpinakiem mogłabym go jeść codziennie. Ostrość koziego sera podkręcona czosnkiem i chilli, a zwłaszcza tego ostatniego, nie raz sprawiła, że brakowało mi oddechu. Wydawać by się mogło, że makaron to proste i zwyczajne danie, tutaj po raz kolejny potwierdziło się zdanie, że prostota jest najlepsza. I z wielką radością oraz satysfakcją odłożyłam widelec na pusty talerz.

Jeśli chodzi o deser, to był on taki sam w przypadku obu menu. Były to lody z bitą śmietaną, owocami i miętą.

Ukrywać nie będę, że przy przeglądaniu menu, w momencie gdy doszłam do deseru pojawiło się u mnie uczucie lekkiego rozczarowania. Po tak ciekawych propozycjach na deser przygotowano lody. Tylko i aż. Spodziewałam się wymyślnej bezy, ciekawego ciasta. Czegoś. Sama nie wiem czego, ale nie lodów. Przepraszam. I przepraszałam i przeproszę raz jeszcze za taki osąd. Przy tak sytym menu, w którym są tak różne smaki, podanie deseru, który nie byłby tak lekki jak lody, byłoby złem. A po chilli wręcz o nich marzyłam. Lody (truskawka z kawałkami owoców, wiśnia i czekolada – bardzo, bardzo czekoladowe) podane z bitą śmietaną, słodko – kwaśnymi owocami, w tym truskawkami, na które właśnie rozpoczął się sezon i pokruszoną bezą. Niby nic wymyślnego. Ale czy deser musi być wyszukany, by spełniać swoje zadanie? Nie. I przykład w Gardenii jest tego potwierdzeniem.

Zakończyłam kolację naprawdę bardzo zadowolona. Przygotowane dania były bardzo równe i wbrew początkowym odczuciom nie znalazłam w nich słabego punktu. Myślę, że osoby, które zaryzykują i wyłamią się ze schematów i wybiorą się do Gardenii nie będą żałować. Wręcz przeciwnie, przekonają się, że restauracje przy hotelach, a Gardenia na pewno, mają dużo dobrego do zaoferowania. Nie tylko w ramach Restaurant Week’a. I tu, mała dygresja. Gdy tylko usiadłyśmy z Asią przy stole, zaczepiła nas Pani, która zatrzymała się w Hotelu wraz synem, i z wielkim uśmiechem serdecznie i pełna euforii zachęcała i namawiała nas na sandacza, bo jest przepyszny, a jej syn, który jest niejadkiem zjadł całego i powiedział, że nigdy nie jadł tak dobrej ryby. Jeśli macie dzieci, wiecie, że są one wyjątkowo wymagającymi i krytycznymi degustatorami. Więc niech i ta historia będzie rekomendacją kuchni w Gardenii.

Czy żałuje wyboru? Nie. Czy jeszcze raz postawiłabym na Gardenię, jako swój debiut ambasadorki Festwialu? Zdecydowanie. Zachęcam do ryzyka, do chodzenia do miejsc, o których nie jest głośno. Ponieważ wiele z nich jest jak ogród, którym trzeba się zająć, a Ci z Was, którzy czytali „Tajemniczy ogród” pamiętają, że ryzyko i zaopiekowanie się niepozornymi miejscami potrafi zdziałać wielkie rzeczy. W przypadku Restauracji Gardenia, będą to też naprawdę smaczne rzeczy.

Ps. Jeśli wahacie się, czy odwiedzić Restaurację Gardenię ze względu na obecną sytuację, spokojnie – na wejściu czekają na Was płyny do dezynfekcji, instrukcja, jak zachować się na miejscu oraz informacja, że Hotel, a tym samym Restauracja są dostosowane do dzisiejszych czasów. A nasza Pani Kelnerka (przesympatyczna i miła) była w maseczce, więc przestrzegane są wszystkie wytyczne dla zapewnienia bezpieczeńtwa zarówno gościom jak i personelowi.

Ti amo pizza! Ti amo Piccola Bari!

Ostatni piątek wakacji. Telefon do przyjaciółki z krótkim hasłem- pizza i piwko. Dwie minuty rozmowy, szybki odbiór i jedziemy. Po drodze zastanawiałyśmy się gdzie, bo na pewno nie centrum Olsztyna. Wybór padł na schowaną na drugim końcu miasta pizzerię. I tak trafiłam do niewielkiej pizzerii z latarniami, do małego Bari.

Zamawiamy pizzę – margheritę, by sprawdzić klasyk klasyków oraz 4 formaggi. Dla mnie te dwie pizze idą na pierwszy ogień, potem testuję inne kombinacje. I oto są! Piękne, okrągłe… pachnące. Uwielbiam serowe pizze, jednak bardzo często ich problem jest taki, że ser spada z ciasta. Powoli zaczynam kroić, podnoszę do góry kawałek i… Nic nie spada ale też nic się nie ciągnie. Chwila zawahania, lekki niepokój i pierwszy gryz… Ciasto idealne, nie za cienkie, nie za grube, nawet wilgotne w sam raz. Połączenie serów, ich smaków komponuje się ze sobą w jedną całość a ich odpowiednia ilość sprawia, że wszystko się trzyma, nic nie spada a ser nie ciągnie się na metry. Mozzarella, gorgonzola, parmezan i ricotta… Cudne serowe kombo.

A margherita? Można by pomyśleć- ot, ciasto, jakiś sos pomidorowy, ser i bazylia, co tu może zdziwić? I wbrew pozorom, zdziwić może dużo. Powtórzę się z ciastem, bo Picolla ma jedno z lepszych, jak nie najlepszych ciast do pizzy, gdzie nawet rant zjesz bez niczego. Naprawdę. I mówię to ja, osoba, która rantów nie jada. Do tej pory ranty to było dla mnie tak suche, przepieczone ciasto, że jedynym ratunkiem, przed zostawieniem ich na talerzu było oddanie ich komuś z kim jadłam, albo naprawdę duże ilości oliwy czy też sosu czosnkowego (tak wiem, to profanacja pizzy w najgorszym wydaniu, ale jednak). A jeśli nie zbyt suche i łykowate bywały ranty, to były one tak grube, że po dwóch gryzach miałam już serdecznie dość i poddawałam się bez większej walki. A ranty w Piccola? One są po prostu pyszne. Lekko chrupiące z zewnątrz, pulchne i z bąbelkami powietrza w środku. Nawet jeśli są lekko przypieczone, to wierzcie mi, nie są suche, nie są niesmaczne. Jedząc kawałek pizzy nie jesteście w stanie wyczuć momentu, w którym przechodzicie w rant i zjadacie go całego. Bez zastanowienia. I kiedy usłyszałam od Iny, właścicielki, że Ich ranty zawsze będę zjadać, to pomyślałam, że jak każdy chwali swój produkt. Faktycznie, chwaliła. Chwaliła i słusznie, bo patrzyłam na talerze innych… Na żadnym nie widziałam rantów, z czasem na swoim też nie. Za to widziałam ludzi, którzy się nimi zajadają, bez dodatków. Dla mnie jest to fenomen.

Wracając jednak do margherity. To, co najbardziej mnie zaskoczyło to sos. Już kiedy szykujesz się do pierwszego gryza czujesz zapach pomidora. I to nie pomidora z puszki, z kartonika czy słoika. To zapach i smak świeżo zerwanego z krzaka pomidora, który rośnie sobie leniwie i łapie każdy, nawet najmniejszy promień słońca. I to czuć. Naprawdę czuć w zapachu, w smaku… Ta marghertia to cudowny przykład na to, że prostota jest ponadczasowa. Kilka składników, który każdy Włoch miał u siebie niezależnie od części Włoch, w której mieszkał czy ile pieniędzy posiadał.

Warto też zwrócić uwagę na Genovę, w której delikatne bazyliowe pesto łączy się z kremowym serem stracciattela (jest to mozzarella w śmietanie i nie ma nic wspólnego ze znaną nam, a przynajmniej mi, słodką stracciattelą), i nagle zaskakuje nas ostrością czerwonej cebuli i chrupkością oraz słonym smakiem włoskiej szynki.

Jednak moim numerem jeden jest pizza, której składniki oddzielnie brzmią super, ale ich połączenie chyba mało komu przyszłoby do głowy. Na dobrą sprawę niewiele brakowało, bym wybrała zupełnie inną pizzę. I tutaj tip dla Was. Wybierając się do Picolla nie ograniczajcie się do tradycyjnego menu. Rozglądajcie się po lokalu, bo tak, jak na wyspie skarbów, tak Piccolo ma trochę ukryte propozycje pizz. Oprócz tradycyjnego papierowego menu, jest też tablica „Szef kuchni poleca”, a na stolikach czekają na Was niepozorne stojaczki z propozycją pizzy. I właśnie dzięki takiej tabliczce zobaczyłam moją pizzę. Gdy wyczytałam wśród składników karmel, tak, karmel, wiedziałam, że to mój typ Czułam to. Czułam to od czubka mojego zadartego nosa, aż po koniuszki palców u stóp. I taki prezent z okazji pierwszych urodzin, w miniony piątek, Piccola Bari zrobiłam sobie sama.

Caramello. To dla mnie totalna petarda, naprawdę. Niewiele jest momentów w życiu, w których brakuje mi słów (ku rozpaczy mojej rodziny i przyjaciół), a spróbowanie tej pizzy było jednym z nich. Szynka parmeńska, orzechy włoskie mozzarella fiordilatte oraz stracciatella. Kiedy ją zamawiałam widziałam ten uśmiech i błysk w oczach ekipy Picolla. Czułam, że coś knują. A gdy pizzę podał mi sam Alex, wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Pierwsza rzeczy, która robi wrażenie, oprócz tego, że pizza wygląda naprawdę fajnie, jest zapach. Delikatny, ciepły i słodki zapach karmelu. Jadłam Caramello w piątek, jest niedzielny wieczór, prawie noc, a mi nadal ciężko znaleźć słowa. I czuję na sobie lekkie spojrzenia otoczenia, biorę pierwszy gryz. Taki gryz idealny, bo pierwsze gryzy często są decydujące. I nagle czuję i smakuję sama nie wiem co. Czuję jak oczy mi się robią wielkie, niczym postaci z mangi. W głowie mam bitwę niczym najlepsza walka Transformersów. Moje kubki smakowe przeżywają jeden z największych alertów i nie wiedzą za bardzo co się dzieje, bo dzieje się wszystko. Jedyne co jestem wstanie zrobić, to spojrzeć na wszystkich błogim spojrzeniem tymi mangowym i oczami i się uśmiechać, uśmiechem błogim i spełnionym. Smak karmelu podbija smak sera i szynki parmeńskiej, bo słodkie idealnie łączy się ze słonym- to jedno z moich ulubionych połączeń. I jeszcze te orzechy. To, co się dzieje jedząc tę pizzę to po prostu jeden wielki foodgasm i gastromind-blow. Jednocześnie. Przez pierwsze dwa kawałki nie mogłam dojść do siebie, potem nie było lepiej, ale byłam wstanie powiedzieć kilka słów typu: wow, pycha, rewelacja – wiem, mistrzostwo oratorstwa. Jednak naprawdę ciężko używając słów powiedzieć coś więcej (ok można, ale jakąś cenzurę i kulturę słowa trzeba zachować), bo wyraz twarzy mówi wszystko. I nie jest to tylko moja opinia, bo podzieliłam się karamello i reakcja była taka sama. Nadal przeżywam ten smak, a na samą myśl moje ślinianki pracują na turbo obrotach. Następnym razem jadąc na pizzę będę chyba nucić piosenkę Gubernatora z Pana Kleksa, lekko ją parafrazując i nucąc sobie w głowie „pizza karmello czeka!”.

Oprócz pizzy w Picolla Bari możecie zjeść Panzerotti al forno wypiekane w piecu, znane też jako calzone oraz panzerotti, czyli włoskie pierogi, a także lasagne i parmigiane – zapiekankę warzywną przekładaną cukinią lub bakłażanem.

Gdzie tkwi sekret Piccola Bari, że pomimo średniej lokalizacji ma klientów nie tylko na dowóz ale i na miejscu? Byłam kilka razy, o różnych porach i zawsze ktoś był a samochód jeździł non stop. To domowa, naprawdę domowa włoska kuchnia przekazywana z pokolenia na pokolenie. Przepis na ciasto do pizzy Alex dostał od dziadka, na panzerotti od mamy. To hołd dla rodzinnych tradycji, wspólnego gotowania, wspólnych posiłków. To kawałek Włoch, który poprzez gotowanie pielęgnują w sobie i Olsztynie Ina i Alex, który przyjechał ze swoją żoną do Polski. Oboje zakochani w sobie, we Włoszech i pizzy. Częstują i obdarowują tym co najlepsze wszystkich wokół. To kawałek Bari – gwarnego, radosnego, rodzinnego, roześmianego – na olsztyńskim Osiedlu Generałów. I te Włochy czuć nie tylko w jedzeniu ale i niesamowicie ciepłej, rodzinnej atmosferze.